Wspomnienia z Beczki
Kategoria: Artykuł
Liliana Sonik [Fragment listu] Drogi Panie, Pytał Pan o ojca Kłoczowskiego i charakter naszej grupowej przyjaźni. Kłocz nigdy nie funkcjonował jako ?mistrz?: był przyjacielem, ?starszym bratem?... Chyba formuła hierarchiczna nie odpowiadała wtedy jego temperamentowi. Wśród nas nie było też klimatu poszukiwania ?mistrza? i wątpię czy bylibyśmy w stanie zaakceptować układ wyraźnej podległości. ?Kumpelstwo? kończyło się jednak w czasie Mszy: Kłocz wracał do roli kapłana. Zresztą - w każdej chwili był kapłanem ? jeśli tylko słowo to rozumiemy ?po grecku?, czyli jako ?przewodnika chóru?. Łączył błyskotliwość i wiedzę z szacunkiem dla naszych, surowych mózgów. Jak jubiler, który w kamyku dostrzega potencjalny blask przyszłej glorii, ciągnął w górę każdego, w kim znajdywał ślad jakiegokolwiek talentu. Chyba na tym właśnie polegała jego charyzma. [Dlatego powiedziałam, że szkoda, iż zajął się tylko nauką. W moim odczuciu jego najmocniejszą stroną było ?nauczanie?] Usiłował oczywiście pracować z nami metodycznie ale to jakoś nie wychodziło. Z jakiego powodu? Nie wiem. Dosyć na tym, że interesowaliśmy się wszystkim, rozmawialiśmy o przeróżnych sprawach a nasze spotkania i dyskusje, mimo regularnych nawoływań Kłocza, nigdy nie nabrały charakteru regularnego kursu. Być może rzeczywistość wokół nas była tak nudna i jednostajna, że potrzebowaliśmy swobody i ?fajerwerków?. Z drugiej jednak strony wewnętrzna dyscyplina też nas chyba fascynowała skoro lekturami, które wycisnęły na mnie największe piętno były ?Myśli? Simone Weil i Thomas Merton. Pytał Pan czy byliśmy ?pobożni?? Nie. Rutyna klasycznej pobożności wydawała nam się nudna i zbyt kostyczna. Dopiero dzisiaj, po tylu latach, jestem w stanie docenić mądrość rytualnych gestów. To tak jak z różańcem, który we wszystkich religiach otwiera na przeżycie mistyczne, ale nam wydawało się, że różaniec można tylko ?klepać? a ?klepanie? różańca było synonimem religijności pustej, wiejskiej, magicznej itp. itd. My chcieliśmy wszystko zanalizować i dopiero potem ewentualnie zaakceptować. Pamiętam (a propos nowej książki Kłoczowskiego), że w którejś z rozmów pojawił się temat doświadczenia obecności Boga. Przyznanie się do własnych odczuć czy przeżyć nie wchodziło w grę ? to nie był nasz styl... Kłocz przyniósł książkę Rudolfa Otto analizującą przeżycie mistyczne. Wszyscy przeczytali a potem była dyskusja. Taka ?obiektywna? metoda pozwalała nazwać i opisać doświadczenia ?prywatne? z zachowaniem dyskretnej anonimowości. Teraz zadaję sobie pytanie czemu zbudowaliśmy taką właśnie a nie inną konwencję. Może byliśmy zbyt wrażliwi i instynktownie szukaliśmy ram ograniczających? Trzeba pamiętać, że nasze konwentykle odbywały się ćwierć wieku temu w starym, tonącym w mroku i wiecznej mgle Krakowie, w średniowiecznych klasztornych murach, wśród grobów i pamiątek. Łatwo było wpaść w ?duszoszczypatielne? klimaty. Pewnie tej ?poezji? było wokół nas za dużo i trzeba było ją jakoś okiełzać. A może ? po prostu ? zwyciężyła dominikańska intelektualna tradycja, w której nadmiar emocji zawsze były czymś podejrzanym? Niewykluczone też, że byliśmy w jakiejś mierze produktem ?światopoglądu naukowego? ? tzn. usiłując przeciwstawić się jedynie słusznej ideologii podświadomie wpadliśmy w pewnym sensie w jej pułapkę i jednemu (pseudo)racjonalizmowi chcieliśmy przeciwstawić inny (też trochę pseudo)? A może wszystko do kupy? Nieważne. Pamiętam jak po powrocie z pielgrzymki warszawskiej (około 250 km na piechotę) Andrzej Bryk oraz Gośka Gątkiewicz poszli do kardynała Wojtyły z programem naprawy polskiej religijności. [Kardynał od 11-tej do 13-tej przyjmował wszystkich] I biedny Wojtyła cierpliwie wysłuchał tych wszystkich bredni i narzekań na ?masową? i ?niedojrzałą? polską pobożność. Byliśmy zatem mocno wierzący ale mało pobożni. Jeśli przyjąć, że naturę religijności jakoś charakteryzuje to, co uznaje za cnotę a co za grzech to w naszym rejestrze na pierwszych miejscach znalazłyby się takie kategorie jak ?letniość?, nijakość, obojętność, pycha, zachłanność, nienawiść, zazdrość, a po jasnej stronie - osobisty stosunek do Pana Boga, przyjaźń, prawda i prawość. Ogromnie istotną cechą naszej grupy były ironia i autoironia oraz skłonność do surrealistycznych gestów. W surrealistycznym stylu utrzymane były często ?programy artystyczne? przygotowywane [przez Bogusia Sonika i Ruszara] na okoliczność dorocznej wizyty kardynała Wojtyły w Beczce. [Jak on to wytrzymywał???] Kompletnie surrealistyczna była też dekoracja sali spotkań Beczki. Myśmy zresztą ją już taką zastali czyli musiała powstać wcześniej, pod patronatem O. Tomasza. Był to rodzaj wielkiego komiksu na całą ścianę ? autorstwa znanych rysowników: Lutczyna i Macedońskiego - ze scenkami przedstawiającymi luźne, całkowicie absurdalne skojarzenia z motywami biblijnymi. Pamiętam ?dymek? z napisem: ?Lotem bliżej do żony Lota? Wydaje mi się teraz, że również dzięki temu surrealistycznemu treningowi tak łatwo znaleźliśmy potem wspólny język z ?anarchistami?. I jeszcze jedna istotna cecha naszej grupy : paradoksalnie nie mieliśmy wtedy słuchu do spraw społecznych. Pytał Pan jak znalazłam się w Beczce? Wprowadziła mnie Akwarela czyli Jadwiga Jarosiewicz, bardzo utalentowana malarka, studentka ASP. Moja eteryczna i artystyczna przyjaciółka była w ramach Beczki bardzo zaangażowana w Klikę, czyli grupę opiekującą się inwalidami, chorymi na wózkach, ludźmi nigdy nie opuszczającymi łóżka. Wozili ich na obozy w lecie, przywozili na Msze, rekolekcje i konferencje, przynosili książki, odwiedzali, jednym słowem robili ogromny kawał wspaniałej roboty. Nasza grupa ceniła ludzi z Kliki ale nas to zupełnie nie interesowało. Spotykaliśmy się w Beczce, mieliśmy poczucie przynależności do wspólnej sprawy i na tym koniec. Wyjeżdżaliśmy jednak razem na budowy kościołów. To osobny rozdział Beczkowej aktywności. W tamtych czasach trudno było o pozwolenie na budowę kościoła a kiedy już proboszcz takowe otrzymał to brakowało mu pieniędzy. Z radością przyjmował więc propozycję pomocy ze strony studentów, którym dawał kwatery albo pole pod namioty i wyżywienie. Jeśli kościół był budowany bez pozwolenia to tym bardziej każda para rąk była potrzebna bo trzeba było działać strasznie szybko. Więc w lecie jeździła Beczka na budowy ale to chyba była jedna z nielicznych form społecznego zaangażowania w jakiej uczestniczyliśmy: dziewczyny gotowały strawę a chłopaki mieszali cement, nosili cegły, wszyscy starali się do czegoś przydać, zwłaszcza że podczas takiej pracy można było do woli gadać. Na budowach spotykali się ludzie z wszystkich grup i grupek Beczkowych. Przyjeżdżał też starszy od nas sporo Tadzio Katorżnik. Znał się na murarce i pracach budowlanych. Pełnił więc rolę siły fachowej. Pseudonim Katorżnik wynikał stąd, że Tadzio, gdy się go odpowiednio podeszło, opowiadał jak uciekł z łagru, co podobno nie było zresztą trudne... Kłopoty zaczynały się potem: jak przeżyć na tysiącach hektarów zaśnieżonej wolności i jak wrócić do swoich. Tadzio miał przejść Syberię na piechotę, dzięki naukom jakiegoś Chińczyka, który w łagrze nauczył go sztuki walki i przetrwania. Opowiadał, że w zimie najważniejsze są zapałki i posiadanie czegoś do spalenia, bo wystarczy w największy mróz wykopać jamę w śniegu, zalepić otwór, spalić cokolwiek, nawet kartkę papieru, co spowoduje, że śnieg przytopi i stworzy warstewkę lodu, a potem robi się ciepło jak w uchu i można spokojnie spać... Mówił też, że gdy dotarł po trzech latach do domu na dawnych polskich kresach nie poznała go własna matka ale przetrwał wszystkie próby dzięki Chrystusowi... Oczywiście niemal nikt w to wszystko nie wierzył. No i na budowie kościoła jakiś zapaleniec mu wygarnął co myśli o konfabulacjach. Tadzio zaciął zęby, podszedł do pionowej ceglanej ściany, odetchnął i jak kot, albo raczej jak jaszczurka ? bo nawet kotu byłoby trudno ? zaczął się wspinać do góry... Sceptykom opadły szczęki ze zdumienia i w ten oto sposób Tadzio Katorżnik uwiarygodnił swój przydomek. Nagle istnienie łagrów -- o których się słyszało, ale trochę na zasadzie abstrakcyjnego mitu, któremu dawano tylko częściowo wiarę, podobnie jak opowieściom Tadzia ?? stała się oczywistością. Sołżenicynowski ?Archipelag? jeszcze do nas nie dotarł, ani Czapski, ani Herling. W Beczce roiło się od dziwaków, ciekawych osobowości i ludzi ?kolorowych?. Opowieści o barwnych Beczkowcach można byłoby snuć jeszcze długo.. Pisałam, że sprawy społeczne nas nie interesowały. To nie do końca prawda. Zorganizowaliśmy np. ogromną akcję pomocy dla Burundi, gdzie ludzie masowo umierali z głodu. Zebraliśmy dużo pieniędzy i artykułów żywnościowych. W Polsce jeszcze wtedy można było kupować żywność bez kartek. Osobnym rozdziałem były wyprawy z ojcem Tomaszem Pawłowskim na Słowację. Tam Kościół był bardzo prześladowany, rozwiązano klasztory a mnisi musieli podjąć pracę, gdyż inaczej karano ich za pasożytnictwo. Słowacy nie mieli dostępu do żadnych lektur religijnych, żyli w izolacji od Kościoła powszechnego. Woziliśmy tam w plecakach religijne książki. O. Tomasz wynajmował pokój w hotelu ? potem wychodził i wracał w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Potem, w pokoju nr 12, razem celebrowali mszę świętą; mężczyzna płakał ? hotelowy pokój był niegdyś jego klasztorną celą...Takich przeżyć nie zapomina się. Wtedy, w Tristenie, nauczyliśmy się więcej o naturze komunizmu niż zdołałyby przekazać najbardziej przenikliwe ideologiczne analizy. Mówię gdzieś wcześniej, że nasza skłonność do surrealistycznej konwencji pomogła nam w szybkim znalezieniu wspólnego języka z ?anarchistami?, których poznaliśmy bliżej jesienią 1976. Muszę tu chyba dodać, że określenie ?anarchiści? nigdy nie funkcjonowało w pełni serio. Był to wygodny skrót myślowy, zawierający oczywiście drobinę prawdy ale w żadnym wypadku nie można go traktować jako rzetelne odzwierciedlenie idei tego środowiska. Anarchistyczny był ich styl życia a nie sposób myślenia.... Być może czytał Pan tekst Adama Szostkiewicza ? z okazji? Maleszki: Adam pisze, że ?katolicy? uczyli się od ?anarchistów? poczucia humoru. Było dokładnie odwrotnie. To właśnie anarchiści byli poważni, całkowicie bezkompromisowi i tragiczni a my swobodni i skłonni do relatywizowania, oczywiście w ściśle wytyczonych granicach. Wiedza o tym, że człowiek - chociaż powołany do wielkości ? jest słaby, grzeszny i niedoskonały, wynikała z naszej katolickiej edukacji. Chyba to właśnie nadawało nam miłą i przyjemną ?lekkość?. Tragiczny i bezkompromisowy stosunek do wartości był chyba tym, co najbardziej mnie zaskoczyło w anarchistach. Jeśli dla ułatwienia potraktujemy system wartości jako zbiór tego co należy czynić i tego czego robić nie wolno to nasza, katolicka lista ?zakazów? i ?nakazów? była znacznie obfitsza ale układała się w formę piramidy: gdzieś u dołu mieściły się drobne sprawki ?do negocjacji? z sobą samym, Panem Bogiem i światem. Oni natomiast obracali się w znacznie węższym polu wartości (nawet jeśli nie lubili się przyznawać do tego, że w ogóle takie pole istnieje) - ale granice wytyczone były płomieniem i żarem ? nieprzekraczalne. Spotkanie naszych dwu środowisk mogło nigdy nie nastąpić ale kiedy już do niego doszło musiało zaowocować wzajemną fascynacją. Nie chcę teraz analizować na czym to polegało. Mogę tylko próbować użyć kulawej metafory: ja (my) poruszałam się w przestrzeni między Tycjanem i El Greco ? poznanie anarchistów było odkryciem świata Goyi. Wracając do Beczki... W pewnym momencie ? chyba w roku 1975 albo 76 - pojawiły się w naszym kręgu wydawnictwa emigracyjne; nie pamiętam czy oryginały, czy maszynopisy. Być może przynosił je Paweł Kłoczowski, syn Jerzego. Największym przeżyciem była lektura Sołżenicynowskiego ?Żyć bez kłamstwa?. To była iluminacja, olśnienie! Potem inne, nieliczne, ale za to jakiej próby! Kołakowskiego Tezy o nadziei i beznadziejności. Przeglądnęłam ten tekst znowu i wróciły emocje z tamtego czasu. Pamiętam kłopot z przedarciem się przez okropny, nudziarski, marksistowski jeszcze język: ale to co dla nas było ważne Kołakowski pisał już ?po ludzku?. Tak naprawdę z jego Tez dla mnie (nas) istotne były trzy fragmenty: 1. O tym co jest a co nie jest legalne w PRL decyduje nie prawo a milicja i władze partyjne ? tam gdzie rządzący mogą, jeżeli zechcą, aresztować i skazywać obywateli za samo posiadanie nieprawomyślnej książki, za rozmowę w gronie paroosobowym na tematy polityczne, za opowiadanie dowcipów i za niewłaściwe opinie wyrażone w prywatnym liście, pojęcie legalności w odniesieniu do spraw politycznych jest pozbawione sensu. Przeciwnie, najlepszym środkiem przeciwdziałającym ściganiu tego rodzaju przestępstw jest ich 'masowość'.? 3. ?...ci, którzy sądzą, że płacą tylko nieznacznymi ustępstwami za swój spokój, przekonywać się będą, że cena tego spokoju będzie coraz wyższa; ci co płacą tylko niewinnym na pozór lizusostwem, będą jutro musieli płacić donosicielstwem [...]; ci, co liche swoje przywileje okupują tylko milczeniem w obliczu świństwa, na które mogą reagować, będą musieli za te same przywileje płacić rychło aktywnym udziałem w świństwie.? 4. ?Z własnej godności czerpiemy prawo, aby stare słowa ?wolność?, sprawiedliwość, i ?Polska? móc wypowiadać pełnym głosem.? 7 maja 1977 roku w bramie przy ulicy Szewskiej znaleziono martwego Staszka Pyjasa. Był jednym z ?anarchistów?. Tydzień później założyliśmy Studencki Komitet Solidarności. Żałobna msza święta miała miejsce u Dominikanów. Ci beczkowicze, którzy zostali rzecznikami SKS-u, aby nie narażać Beczki na większą niż dotychczas wrogość władz - z własnego wyboru i bez jakichkolwiek sugestii ze strony duszpasterzy ? postanowili ograniczyć kontakty z Dominikanami. Tak pozornie skończyła się nasza przygoda z Beczką. W rzeczywistości Beczka trwa w nas do dzisiaj. Tam nauczyliśmy tego co w dalszym ciągu jest nam bliskie: religijności mądrej, świadomej i otwartej na innych. Nauczyliśmy się potrzeby działania dla dobra wspólnego i potrzeby wspólnej dyskusji nad tym czym to dobro wspólne jest. Tam zobaczyliśmy, że szacunek dla argumentów tych, którzy posiadają inne recepty na życie wcale nie podważa naszych ideałów. W Beczce nauczyliśmy się też, że ?najważniejsze jest niewidoczne dla oczu?... Liliana Sonik
.jpg)