Jarosław Gowin o "Czarnych Juwenaliach" Jarosława Szarka
Kategoria: Aktualności
Żeby nie ginąć pojedynczo
"Czarne juwenalia" to książka szczególnie potrzebna w czasach, kiedy się nas przekonuje, że wszystko w najnowszej historii Polski było szare.
Dzisiaj w tej bramie mieści się ekskluzywny sklep. O przeszłości przypomina przechodniom tylko wmurowana tablica. Ale 30 lat temu, 7 maja 1977 roku, to do tej bramy, zniszczonej i zatęchłej jak całe zabytkowe centrum ówczesnego Krakowa, z różnych stron miasta podążała garstka młodych ludzi. Chcieli zobaczyć miejsce, gdzie nad ranem znaleziono zmasakrowane zwłoki ich przyjaciela.
Co czuli nawieść o tej śmierci? Zimną pustkę ściskającą serce? Grozę nihilizmu, który przeciął krótką linię życia Staszka? Rozpacz osaczonej zwierzyny, która uświadamia sobie, że nie wyrwie się już z zasadzki? Wiedzieli, że każdy z nich może być następny. Ale wiedzieli również, że nie wolno im się bać. I że muszą być razem. Pod czaszką kołatały się im słowa piosenki Okudżawy, którą jeszcze niedawno nucili wraz ze Staszkiem: "Weźmy się za ręce, żeby nie ginąć pojedynczo". Książka Jarosława Szarka to historia ludzi, którzy postawieni wobec mordu, postanowili wziąć się za ręce i walczyć do końca. Ich rodowody były bardzo odległe.
Grupce najbliższych przyjaciół Pyjasa, w tym Bronisławowi Wildsteinowi i Lesławowi Maleszce, przyświecały kontestatorskie ideały studenckiej rewolty lat 60. Długie włosy, alkohol, eksperymenty artystyczne, odrzucenie wszystkiego, co kojarzyło się z mieszczańskim stylem życia, no i rzecz jasna całkowita kontestacja realnego socjalizmu z jego przaśnym zamordyzmem, prostacką propagandą i pogardą dla jednostki. Odwaga sprzeciwu wobec molocha państwa zwróciła na "anarchistów" uwagę innej grupki zbuntowanej młodzieży. Byli to wychowankowie duszpasterstw akademickich przywiązani do tradycyjnych wartości i takiegoż modelu życia, troszczący się o intelektualne pogłębienie swojej wiary, ale poszukujący dla niej także praktycznej przestrzeni działania.
Zbliżenie dwu tak odmiennych środowisk można zrozumieć tylko w realiach totalitaryzmu (nawet tak "miękkiego" jak gierkowski). Wśród milionów powalonych na kolana grupki tych, którzy odważyli się powstać i mówić pełnym głosem, musiały wzajemnie zwrócić na siebie uwagę i mimo dzielących ich różnic podjąć współpracę. Zaczynali odkrywać wspólne fascynacje i wspólnych mistrzów. Do dzisiaj potrafią cytować z pamięci słowa Kołakowskiego: "ci, co liche swoje przywileje okupują tylko milczeniem w obliczu świństwa, na które mogą zareagować, będą musieli za te same przywileje płacić rychło aktywnym udziałem w świństwie".
Połowa lat 70. to okres wyłaniania się jawnej opozycji. List intelektualistów protestujących przeciw zmianom w konstytucji, które pieczętowały podległość Polski wobec ZSRR, powstanie KOR i ROPCiO, kolportaż wydawnictw emigracyjnych, powstanie pierwszych oficyn podziemnych - we wszystkich tych działaniach krakowscy studenci mieli swój udział.
Osaczały ich setki esbeków, tajnych współpracowników i agentów. Nie zdawali sobie sprawy, że jeden z ich przywódców - Lesław Maleszka - niemal od początku przekroczył granicę zdrady, gorliwie donosił na tych, którzy uważali go za przyjaciela, podsuwał SB sposoby ich neutralizacji.
Oparcie znajdowali tylko u nielicznych. Przede wszystkim w kręgach kościelnych, gdzie odważni duszpasterze akademiccy mogli zawsze liczyć na pomoc ze strony kard. Wojtyły. Dużą rolę odgrywały też mieszkania skupionych w Krakowie rodów arystokratycznych i starych rodzin mieszczańskich. SB bała się tam wkraczać, dlatego stawały się azylem niezależnej kultury i coraz śmielszych akcji politycznych.
Jarosław Szarek znakomicie odtwarza klimat tamtej epoki. Dzisiejszej braci studenckiej trudno byłoby rozpoznać Kraków w następującym opisie: "Rzeczywistość odpychała swą brzydotą, szarością ulic (...) tonącymi w błocie blokowiskami, wieczorną pustką ulic i placów". Jeszcze trudniej przekazać klimat powszechnego zastraszenia, wszechogarniającego kłamstwa, beznadziei, podsycanej przez władzę wzajemnej nieufności, poczucie izolacji. Jeśli czegoś mi w książce brakuje, to właśnie pokazania osamotnienia młodych kontestatorów. Autor pieczołowicie odtwarza epizody solidarności zwykłych krakowian z opozycjonistami. Ale codzienność była inna. Nawet dawni znajomi traktowali ich jak zadżumionych. Jak wspomina Liliana Batko: "idziesz chodnikiem i widzisz znajomego, który nie odpowiada na twój uśmiech, tylko wbija wzrok we własne stopy". Jeszcze bardziej przykre było dawanie posłuchu plotkom (rozpowszechnianym przez SB), że ci, którzy działają jawnie, są tak naprawdę prowokatorami. Trudno się dziwić, że taką presję wytrzymywały tylko osoby silne i zdeterminowane.
Stanisław Pyjas należał do najodważniejszych. Był jeszcze bardziej bezbronny niż koledzy: pochodził z małej wsi, w mieście nie miał oparcia w nikim po za paroma kolegami, nie szukał azylu w Kościele, a mimo to wyrastał na jednego z naturalnych liderów opozycyjnego Krakowa.
Jeśli eliminując Pyjasa, władze liczyły na zastraszenie pozostałych, to popełniły fatalny dla siebie w skutkach błąd. Pod wpływem wstrząsu szeregi studenckiej opozycji rosły. I już po kilku dniach władze się przekonały, co jest wstanie zrobić grupka ludzi, którzy stawiają na szali wszystko. Zorganizowany przez nich bojkot juwenaliów przyniósł nieoczekiwany skutek. Mimo wściekłej akcji ze strony SB i milicji, zmobilizowania reżimowych organizacji młodzieżowych, studenci masowo zbojkotowali obchody. 17 maja ogłoszono powstanie niezależnej organizacji antykomunistycznej: Studenckiego Komitetu Solidarności. Jak tłumaczy posłużenie się pojęciem "solidarność" Liliana Batko: "to było słowo-wezwanie i słowo-apel. Zawarta w nim była nadzieja, że wezwanie nie spotka się z odmową, że nie będzie głosem wołającego na puszczy. Solidarność była inną nazwą nadziei".
Koleje życia ludzi dawnego SKS po roku 1989 są bardzo różne. Niektórzy nie odnaleźli się w rzeczywistości, o której marzyli przez dziesięciolecia. Nieliczni poświęcili się polityce, jak eurodeputowany Bogusław Sonik, Ryszard Terlecki czy Jan Polkowski. Bronisław Wildstein, Liliana Batko-Sonik i Andrzej Mietkowski niedawno podjęli się zadania reformy Telewizji Polskiej, by po kilku miesiącach się przekonać, że eskaesowski duch niezależności jest nie w smak również demokratycznej władzy. Róża Woźniakowska jest przedstawicielem Komisji Europejskiej w Polsce, Danuta Sotwin-Skóra dyrektorem wydawnictwa Znak, a Jacek Rakowiecki wziętym menedżerem branży medialnej. Elżbieta Krawczyk wstąpiła do zakonu o wyjątkowo wymagającej regule. Beata Pawlak i Anna Szwed nie żyją.
Książka Jarosława Szarka wypełnia jedną ze skandalicznych luk w opisie niedawnej przecież przeszłości. Niepodległa Polska długo nie chciała pamiętać o czynach tych, którzy ją wywalczyli, i tych, którzy bezwzględnie ich prześladowali. Dobrze, że ukazują się takie książki. Tym bardziej że już zaczynają się podnosić głosy kwestionujące prawdę. Znany krakowski profesor, blisko współpracujący z Aleksandrem Kwaśniewskim, posunął się do zanegowania ustaleń, że to SB zamordowała Pyjasa. Nie mam złudzeń -jestem pewien, że po okresie triumfu polityki historycznej z jej dążeniem do przekazania następnym pokoleniom prawdy o czasach komunizmu nadejdzie okres rekonkwisty, gdy spadkobiercy Peerelu i ich polityczni fellow travelersi znów przekonywać nas będą, że wszystko było szare, że nie wiadomo, co jest prawdą, atak w ogóle to właściwie poco nam ona? I wtedy trzeba będzie podsuwać naszym dzieciom książki takie jak "Czarne juwenalia".
Jarosław Gowin
Autor jest rektorem Wyższej Szkoły Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie, senatorem Platformy Obywatelskiej. Jarosław Szarek, "Czarne juwenalia. Opowieść o Studenckim Komitecie Solidarności", Wydawnictwo Znak, Kraków 2007
Recenzja ukazała się w dzienniku "Rzeczpospolita" 28-29.07.2007
.jpg)