Prawda nas wyzwoli. Jeszcze raz o sprawie Leszka Maleszki

Data: Nie, 6 Maj 2007
Kategoria: Artykuł

Bogusław Sonik 

Czy jeszcze warto pi­sać o Maleszce? Sądzę, że warto, bo wbrew opinii Stefa­na Bratkowskiego z ?Rzeczpospolitej?, nie jest to przypadek kliniczny, lecz mode­lowy. Przypomnijmy pokrótce fakty: Lesław Maleszka - jeden z rzeczników krakowskiego Stu­denckiego Komitetu Solidarno­ści - należący do grupy najbliż­szych przyjaciół zamordowane­go (najprawdopodobniej przy udziale Służby Bezpieczeństwa) Stanisława Pyjasa, okazał się wieloletnim, aktywnym współ­pracownikiem tejże SB. Sprawa stała się głośna: Maleszka przez wicie lal był jednym z wpływo­wych i znaczących redaktorów ?Gazety Wyborczej:?, a fakt jego kolaboracji przekazali do wiadomości publicznej w specjal­nym oświadczeniu rzecznicy SKS-u krakowskiego i wrocławskiego, czyli jego dawni przyja­ciele z działalności opozycyjnej. 

Maleszka przyznał się do wi­ny w krótkim tekście zamiesz­czonym na łamach "GW" w dniu następnym. Potem wydrukował jeszcze długi, pełen zarówno sa­mooskarżeń jak i samousprawiedliwień artykuł zatytułowany "Byłem Ketmanem". "Gazeta Wyhorcza" nie ingerowała w tę chyba nie do końca szczerą spo­wiedź., ale opatrzyła tekst komentarzem w którym czytamy zdecydowane i mocne zdania: "... o winie takich ludzi pamięta­my i bęziemy pamiętać; o tym trzeba wiedzieć, to budzi moral­ne obrzydzenie". I dalej: ?Leszek Maleszka stracił w naszych oczach wiarygodność i szacu­nek. Jego nazwisko musi na dłu­gie lata zniknąć z łamów Gaze­ty Wyborczej...?. 

Wypowiedział się też redaktor ?Tygodnika Powszechnego? Krzysztof Kozłowski, który odniósł się do wystąpienia działaczy SKS-u w sprawie Maleszki w zupełnie innym duchu. K. Kozłowski stwierdził w wypowiedzi dla ?Gazety Krakowskiej?, że podanie do wiadomości publicznej wiadomości, iż Maleszka pisał dla policji raporty na swych kolegów brzydzi go i jest niczym innym jak donosem... 

Słowo ?obrzydzenie? pojawia się zatem i w oświadczeniu redaktorów naczelnych "Gazety Wyborczej" i u wicenaczelnego "Tygodnika Powszechnego", aczkolwiek w odniesieniu do przeciwstawnych zachował. Jednych brzydzi zachowanie Maleszki, innych - działanie rzeczników SKS-u.

Nie jestem bezstronnym i anonimowym świadkiem w tej sprawie. Wręcz przeciwnie. Wo­lę więc uprzedzić o tym Czytel­nika z góry. Od ćwierć wieku czuję się związany z "Tygodni­kiem Powszechnym", kiedyś na­wet tam pisywałem. "Gazetę Wyborczą" tworzyli moi przyja­ciele z opozycji. Natomiast Ma­leszka był moim kolegą w Stu­denckim Komitecie "Solidarno­ści", sypiał w moim domu, jadał przy naszym stole, spędziliśmy niezliczoną ilość godzin na roz­mowach, dyskusjach, przygoto­wywaniu wspólnych akcji... Czy - niezależnie od jego teraz ujaw­nionych SB-ckich powiązań- mógłbym go nazwać przyja­cielem? Przyjaźń zakłada obo­pólną więź emocjonalną, tym­czasem w Leszku nie było wyczuwalnej warstwy emocjonal­nej... Ktoś mówił o nim - w prze­nośni oczywiście - że nie ma du­szy... Bezsprzecznie jednak byli­śmy blisko ze sobą związani. Kiedyś nawet razem coś druko­waliśmy. Byłem jednym z zało­życieli i rzecznikiem pierwszego skłasu SKS-u. Od roku 1977, czyli od tragicznej śmierci Pyja­sa, nasze nazwiska i adresy wid­niały na każdej ulotce, były po­wtarzane setki razy przez Wolną Europę, nasze poglądy, ale też życie osobiste, były dla bezpieki całkowicie przezroczyste: do­brze wiedzieliśmy, że nasze mieszkania są nafaszerowane podsłuchami. Rzecznicy z rzadka więc zajmowali się drukowa­niem bibuły. Było to zbyt niebez­pieczne, byliśmy pod obserwa­cją. Ale kiedyś ? wyjątkowo ? mieliśmy coś drukować z Ma­leszką... Oczywiście, po piętna­stu minutach wpadła bezpieka, powielacz przepadł, a ja wylądo­wałem w areszcie. Po zwolnie­niu dopadłem Leszka z pytania­mi. Przecież tylko my dwaj wie­dzieliśmy, kiedy będziemy dru­kować, więc skąd ten bezpiecki nalot? Odparł, że pewnie sąsiad wyczuł zapach spirytusu (powielacz był spirytusowy) i doniósł. Uwierzyłem mu, a raczej wytłumaczyłem sobie to jakimś feralnym zbiegiem okoliczności albo zaniedbaniem z jego strony. 

Czemu piszę o tym detalu? By pokazać, że z założenia odrzucaliśmy logikę podejrzeń i nieufności. W naszej opinii ? zgodnie z prawami człowieka, z zasadami demokracji, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i elementarną sprawiedliwością ? nie czyniliśmy niczego złego Czemu zatem służyć miało tropienie wroga we własnych szeregach? Byłoby to rozpraszanie naszej energii potrzebnej do ważniejszych spraw. A zatem Maleszki nie podejrzewaliśmy. Ufaliśmy mu niemal jak wszystkim innym. 

Leszek był barwną postacią. Chudy ?niezgrab? o nieskoordynowanych ruchach i charakterystycznym sposobie chodzenia, mocno zezowaty, uwielbiał perorować. Gdy nikt go już nie słuchał stawał naprzeciw lustra i przemawiał do lustra. Gdy opisywał lub analizował rzeczywistość, zazwyczaj mówił od rzeczy. Ale posiadał też ogromny talent i wprost małpią pamięć. Ogromnie dużo czytał i imponował rozległą wiedzą. Działał jak znakomity komputer: wystarczyło rzucić hasło i wylewał się strumień wypowiedzi z masą rzetelnych informacji ? kto kiedy co napisał, co e tej książce, co w innej i dlaczego... Ceniłem go za to, a jeszcze bardziej za jakiś instynktowny, bezinteresowny bulimiczny wręcz głód wiedzy i hojność, z jaką swą wiedzą lubił się dzielić. 

Minęły lata. Przyszła ?Solidarność, potem stan wojenny i wreszcie wolność. Jak wszyscy moi koledzy miałem nadzieję, że teraz wyjaśni się tajemnice śmierci Staszka Pyjasa. Czekaliśmy, ale nic się w tej sprawie nie działo. Wiedzieliśmy, że w bardzo podejrzanych okolicznościach utonął ostatni człowiek, który Staszka widział ? też student Stanisław Pietraszko. Każdy upływający miesiąc oznaczał zacieranie śladów, zamazywanie pamięci, nadawał ciężar argumentom. iż Pyjas zginął tak dawno, że już nie warto do tego wracać. Wreszcie w roku 1992 napisali­śmy list otwarty... z prośbą do władz niepodległej i wolnej Pol­ski o intensyfikację śledztwa i ujawnienie wszystkich materia­łów bezpieki w tym teczek T.W. Podpisali ten apel wszyscy dzia­łacze SKS-u, do których się zwróciliśmy... z wyjątkiem Lesz­ka Maleszki. Odmowę podpisu argumentował w dosyć kuriozal­ny sposób: ponieważ żyjemy w państwie prawa, więc nie ma­my prawa żądać czegokolwiek w tak delikatnej materii (!). 

Dopiero w roku 1998 po tylu latach żmudnego i opieszałego śledztwa wyszło na jaw, że anonimy, w których grożono Pyjaso­wi śmiercią, pisali funkcjonariu­sze SB. Tyle lat! Leszek Malesz­ka wiedział o tym od zawsze. I trudno mi nie myśleć, że gdyby powiedział o tym głośno po śmierci swego przyjaciela, spra­wy potoczyłyby się inaczej. Czy Wtedy, w roku 1977, czymś mu to groziło? Raczej nie. Stałby się człowiekiem z pierwszych stron wszystkich gazet świata i byłby zapewne bezpieczniejszy niż w sytuacji bezpieckiego szanta­żu, w jakiej żył. Ale taki krok nie­wątpliwie wymagał heroizmu. To, że zaraz po śmierci Pyjasa nie odważył się oświadczyć, że wie, iż anonimy pisano na SB, mowa wytłumaczyć lękiem i zrozu­mieć. Natomiast zupełnie nie ro­zumiem, dlaczego nie przyszedł do kogokolwiek z nas i nie po­wiedział, że Służba Bezpieczeń­stwa szantażuje go deklaracją współpracy, jaką kiedyś podpi­sał. Leszek dobrze wie, tak jak musiał to wiedzieć wtedy, że nikt by się go nie wyparł. Pomoglibyśmy mu uporać się z tym. Bał się relegowania z uczelni? Wszyscy byliśmy w identycznej sytuacji, wszyscy baliśmy się, że nas wy­rzucą ze studiów. Ale Uniwersy­tet Jagielloński, mimo paru pro­fesorów kolaborantów, był miej­scem dla studentów kontestato­rów stosunkowo przyjaznym. Zwłaszcza Instytut Filologii Pol­skiej, gdzie studiował Pyjas, a większość wykładowców była ludźmi nieskazitelnymi. Mieli­śmy też oparcie w kardynale Karolu Wojtyle i dużej części społe­czeństwa Krakowa. Maleszka był dobrym studentem i wyrzucić go z uczelni, w sytuacji narastające­go w środowisku akademickim wrzenia (po śmierci Pyjasa) - by­ło niezwykle trudno. Może jest jednak tak, że każdy ma swego Orwelowskiego szczura? Każdy boi się czego innego i rzadko są to strachy racjonalnie uzasadnio­ne. Był jednak na piątym, ostat­nim roku. Mógł wyjechać, odsunąć się... Zdolny i pracowity, mógł pisać pracę magisterską w Psiej Wólce i obronić ją na ce­lująco. Nie wyjechał. Trwał przy nas pewnie zafascynowany po­dwójną czy potrójną grą, jaką prowadził z nami i z ?nimi? ? z działaczami opozycji i agen­tami SB. 

Redagował sporo tekstów Studenckiego Komitetu Solidar­ności, miał łatwe pióro i chyba to zadanie sprawiało mu przy­jemność. Były to teksty popraw­ne, zgodne z tym, co ustalaliśmy wspólnie. Zresztą wersja osta­teczna była zawsze akceptowana do druku przez wszystkich rzeczników. Natomiast oddali­śmy, mu działkę ?Indeksu? ? podziemnego pisma środo­wisk akademickich z kilku miast. Pismo miało świetnych redaktorów i niezłe pióra: od Mariusza Wilka po Bronisława Wildsteina, od Urszuli Doro­szewskiej po Ludwika Doma, od Jarosława Zadenckiego po Alek­sandra Halla. Niewątpliwie z przyczyny Maleszki ?Indeks? nigdy jednak naprawdę nie zaist­niał. Tak jak nie u­dało się nigdy zrealizować zjazdu SKS-ów z całej Polski ? kolejne próby likwi­dowała bezpieka. W wywiadzie dla ?Rzeczpospolitej? Leszek Maleszka mówi: Gdyby ktoś wte­dy (po powstaniu rządu T. Ma­zowieckiego) przyszedł do mnie i powiedział ?wiemy, kto jest Ketmanem?, napisałbym całą praw­dę i opublikował. Byłem ducho­wo przygotowany, że lada dzień wyjdzie to, że przez tyle lat donosiłem do SB. Byłem już bardzo blisko zrzucenia z siebie tego wszystkiego. Dzisiaj byłbym już 10 lat po tym, co teraz nastąpiło. Ale nikt wtedy się nie pojawił.

Myślę, że jest to wypowiedź szczera. Leszek był człowiekiem słabym - ale wystarczająco inteligentnym, by zdawać sobie sprawę z własnej słabości. Chy­ba rzeczywiście czekał, że ktoś go wywoła do zdania sprawy, do stawienia czoła własnej niemoż­ności wyznania prawdy, że społeczeństwo zażąda rozliczenia. Nic takiego nie nastąpiło, więc żył z tą swą straszną tajemnicą tyle lat. 

Papież często powtarza ewangeliczne - prawda was wyzwoli ? Maleszka musiał rozumieć, że to słowa skierowane również do niego. Doktor Freud dowodził, że przemilczenia i chore tajemnice potrafią wywołać nerwicę na­wet w następnym pokoleniu. Nie ma co liczyć na spełnione życie ani na zdrowe społeczeń­stwo, jeśli buduje się życie oso­biste lub społeczne na zaba­gnionym gruncie. Zapewniam, że nie chodzi mi o piętnowanie ani o żadną formę zemsty, ale o imperatyw nazwania i opisa­nia przeszłości, jakkolwiek bo­lesna by ona była. Nie jest praw­dziwą teza, że wszyscy donosi­li. Jedni donosili, na innych do­noszono. Jedni bili, inni byli bi­ci. Jedni robili kariery i pienią­dze, inni biedą i poniewierką płacili za wierność swym prze­konaniom. I myli się, kto sądzi, że penetrowanymi przez agen­tów środowiskami były tylko opozycja i Kościół. Z jeszcze większym zaangażowaniem agenci SB pracowali w PZPR, w wojsku, socjalistycznych związkach zawodowych, szko­łach, szpitalach. wszędzie... Tak było, gdyż tak skonstruowany był system. Realny socjalizm bazował na kłamstwie i złama­nych charakterach. 

Nie rozmawiałem z Malesz­ką od czasu opublikowania wia­domości o jego przeszłości. Jedynie na podstawie jego wypowiedzi prasowych mogę się do­myślać, co czuje i myśli. I chyba są to odczucia ambiwalentne. Z pewnością nie jest mu łatwo. Czasem nie do końca mówi prawdę. Ale potrafił powiedzieć rzeczy ważne. Zasadnicze, i to szanuję. Widać zresztą, że sprawia mu to ulgę. Chcę wierzyć, że prawda go rzeczywiście wy­zwoli, w każdym razie życzę mu tego z całego serca. Wszyscy przecież znamy Szawła, którzy zanim stał się Pawłem, miał na sumieniu rzeczy straszne. Nie widać jednak w świętych tek­stach pokusy przemilczenia pa­skudnych fakt6w z przeszłości apostoła. Szansę na godne życie i odciśnięcie swego miejsca w historii ulepszania świata ma każdy. Bez takiego założenia nie ma nadziei. 

Prawda nie jest jednak pu­charkiem czekoladowego kre­mu. Bywa straszna i przyjąć ją nie jest łatwo, nawet jeśli teore­tycznie deklaruje się taką goto­wość; nawet jeśli się wie, że in­nej drogi nie. 

W moim przypadku było kilka etapów. Pierwszy okres trwał dosyć długo. Intuicja i jakieś zarejestrowane w podświadomo­ści poszlaki wskazywały na to, że Leszek był tym, który dono­sił. Ale przy każdej takiej myśli pojawiały się wyrzuty sumie­nia, obawa przed nieuzasadnio­nym podejrzeniem. Świado­mość broni się, łatwiej żyć w pozornym spokoju. Nawet gdy fakty układaj się w dowo­dy, nie chce się w nie wierzyć. Dopiero gdy Leszek w rozmowie z Bronkiem Wildsteinem powiedział: ?Tak, byłem Ketmanem!? ? nie sposób było dalej uciekać... Wtedy pojawiła się reakcja obrona: to nie mój problem, to problem Maleszki. Nie mam sobie nic do wyrzucenia. W sumie te wszystkie raporty i donosy tak niewiele zmieniły! Nasze zaangażowanie w opozy­cję dawało efekty, byliśmy śro­dowiskiem dynamicznym i sku­tecznym; wiadomo, że jakiś agent był, bo być musiał, a za­tem trudno... Ale taka - racjo­nalna zresztą - postawa dystan­su jest nie do utrzymania dłużej niż kilka godzin. Po niej nastę­puje wściekłość. Miałem ochotę Maleszce po prostu przyłożyć, powiedzieć mu, jak mocno nim pogardzam, wyrzucić z siebie cały żal za to,  że tak nas oszukał, że zniszczył moją wizję na­szej solidarności... Wściekłość równie szybko minęła, jak się pojawiła. Ustąpiła miejsca smutkowi i zwyczajnemu cier­pieniu. Nastąpiło wiele nieprzespanych przespanych nocy i dni, w któ­rych Laszek Maleszka był stale obecny. Natrętna myśl o nim i o tym, co się wydarzyło, wra­cała jak uparty komar: im bar­dziej odpędzasz, tym częściej powraca i nawet gdy go nie wi­dać, słyszysz bzyczenie, które budzi cię w nocy i nie pozwala się skupić za dnia.  

Każdy z nas odchorował tę sprawę. Po kilku tygodniach zde­cydowaliśmy napisać oświadczenie w sprawie Maleszki i wszyscy, którzy je sygnowali, przeżyli ten fakt głęboko. Nicze­go jednak nie żałuję: ani tego, że byłem rzecznikiem Studenckie­go Komitetu Solidarności ? pierwszej instytucji, w której pojawiło się słowo ?solidarność? ? ani tego, że dowiedzieliśmy się prawdy, ani tego, że podpisałem oświadczenie nazywające rze­czy po imieniu. Spokój powrócił. Teraz ufam, że Leszek Maleszka zasłuży sobie znowu na nasz szacunek. 

Bogusław Sonik

 

Artykuł ukazał się w "Dzienniku Polskim" 22 listopada 2001