Prawda nas wyzwoli. Jeszcze raz o sprawie Leszka Maleszki
Kategoria: Artykuł
Bogusław Sonik
Czy jeszcze warto pisać o Maleszce? Sądzę, że warto, bo wbrew opinii Stefana Bratkowskiego z ?Rzeczpospolitej?, nie jest to przypadek kliniczny, lecz modelowy. Przypomnijmy pokrótce fakty: Lesław Maleszka - jeden z rzeczników krakowskiego Studenckiego Komitetu Solidarności - należący do grupy najbliższych przyjaciół zamordowanego (najprawdopodobniej przy udziale Służby Bezpieczeństwa) Stanisława Pyjasa, okazał się wieloletnim, aktywnym współpracownikiem tejże SB. Sprawa stała się głośna: Maleszka przez wicie lal był jednym z wpływowych i znaczących redaktorów ?Gazety Wyborczej:?, a fakt jego kolaboracji przekazali do wiadomości publicznej w specjalnym oświadczeniu rzecznicy SKS-u krakowskiego i wrocławskiego, czyli jego dawni przyjaciele z działalności opozycyjnej.
Maleszka przyznał się do winy w krótkim tekście zamieszczonym na łamach "GW" w dniu następnym. Potem wydrukował jeszcze długi, pełen zarówno samooskarżeń jak i samousprawiedliwień artykuł zatytułowany "Byłem Ketmanem". "Gazeta Wyhorcza" nie ingerowała w tę chyba nie do końca szczerą spowiedź., ale opatrzyła tekst komentarzem w którym czytamy zdecydowane i mocne zdania: "... o winie takich ludzi pamiętamy i bęziemy pamiętać; o tym trzeba wiedzieć, to budzi moralne obrzydzenie". I dalej: ?Leszek Maleszka stracił w naszych oczach wiarygodność i szacunek. Jego nazwisko musi na długie lata zniknąć z łamów Gazety Wyborczej...?.
Wypowiedział się też redaktor ?Tygodnika Powszechnego? Krzysztof Kozłowski, który odniósł się do wystąpienia działaczy SKS-u w sprawie Maleszki w zupełnie innym duchu. K. Kozłowski stwierdził w wypowiedzi dla ?Gazety Krakowskiej?, że podanie do wiadomości publicznej wiadomości, iż Maleszka pisał dla policji raporty na swych kolegów brzydzi go i jest niczym innym jak donosem...
Słowo ?obrzydzenie? pojawia się zatem i w oświadczeniu redaktorów naczelnych "Gazety Wyborczej" i u wicenaczelnego "Tygodnika Powszechnego", aczkolwiek w odniesieniu do przeciwstawnych zachował. Jednych brzydzi zachowanie Maleszki, innych - działanie rzeczników SKS-u.
Nie jestem bezstronnym i anonimowym świadkiem w tej sprawie. Wręcz przeciwnie. Wolę więc uprzedzić o tym Czytelnika z góry. Od ćwierć wieku czuję się związany z "Tygodnikiem Powszechnym", kiedyś nawet tam pisywałem. "Gazetę Wyborczą" tworzyli moi przyjaciele z opozycji. Natomiast Maleszka był moim kolegą w Studenckim Komitecie "Solidarności", sypiał w moim domu, jadał przy naszym stole, spędziliśmy niezliczoną ilość godzin na rozmowach, dyskusjach, przygotowywaniu wspólnych akcji... Czy - niezależnie od jego teraz ujawnionych SB-ckich powiązań- mógłbym go nazwać przyjacielem? Przyjaźń zakłada obopólną więź emocjonalną, tymczasem w Leszku nie było wyczuwalnej warstwy emocjonalnej... Ktoś mówił o nim - w przenośni oczywiście - że nie ma duszy... Bezsprzecznie jednak byliśmy blisko ze sobą związani. Kiedyś nawet razem coś drukowaliśmy. Byłem jednym z założycieli i rzecznikiem pierwszego skłasu SKS-u. Od roku 1977, czyli od tragicznej śmierci Pyjasa, nasze nazwiska i adresy widniały na każdej ulotce, były powtarzane setki razy przez Wolną Europę, nasze poglądy, ale też życie osobiste, były dla bezpieki całkowicie przezroczyste: dobrze wiedzieliśmy, że nasze mieszkania są nafaszerowane podsłuchami. Rzecznicy z rzadka więc zajmowali się drukowaniem bibuły. Było to zbyt niebezpieczne, byliśmy pod obserwacją. Ale kiedyś ? wyjątkowo ? mieliśmy coś drukować z Maleszką... Oczywiście, po piętnastu minutach wpadła bezpieka, powielacz przepadł, a ja wylądowałem w areszcie. Po zwolnieniu dopadłem Leszka z pytaniami. Przecież tylko my dwaj wiedzieliśmy, kiedy będziemy drukować, więc skąd ten bezpiecki nalot? Odparł, że pewnie sąsiad wyczuł zapach spirytusu (powielacz był spirytusowy) i doniósł. Uwierzyłem mu, a raczej wytłumaczyłem sobie to jakimś feralnym zbiegiem okoliczności albo zaniedbaniem z jego strony.
Czemu piszę o tym detalu? By pokazać, że z założenia odrzucaliśmy logikę podejrzeń i nieufności. W naszej opinii ? zgodnie z prawami człowieka, z zasadami demokracji, zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i elementarną sprawiedliwością ? nie czyniliśmy niczego złego Czemu zatem służyć miało tropienie wroga we własnych szeregach? Byłoby to rozpraszanie naszej energii potrzebnej do ważniejszych spraw. A zatem Maleszki nie podejrzewaliśmy. Ufaliśmy mu niemal jak wszystkim innym.
Leszek był barwną postacią. Chudy ?niezgrab? o nieskoordynowanych ruchach i charakterystycznym sposobie chodzenia, mocno zezowaty, uwielbiał perorować. Gdy nikt go już nie słuchał stawał naprzeciw lustra i przemawiał do lustra. Gdy opisywał lub analizował rzeczywistość, zazwyczaj mówił od rzeczy. Ale posiadał też ogromny talent i wprost małpią pamięć. Ogromnie dużo czytał i imponował rozległą wiedzą. Działał jak znakomity komputer: wystarczyło rzucić hasło i wylewał się strumień wypowiedzi z masą rzetelnych informacji ? kto kiedy co napisał, co e tej książce, co w innej i dlaczego... Ceniłem go za to, a jeszcze bardziej za jakiś instynktowny, bezinteresowny bulimiczny wręcz głód wiedzy i hojność, z jaką swą wiedzą lubił się dzielić.
Minęły lata. Przyszła ?Solidarność, potem stan wojenny i wreszcie wolność. Jak wszyscy moi koledzy miałem nadzieję, że teraz wyjaśni się tajemnice śmierci Staszka Pyjasa. Czekaliśmy, ale nic się w tej sprawie nie działo. Wiedzieliśmy, że w bardzo podejrzanych okolicznościach utonął ostatni człowiek, który Staszka widział ? też student Stanisław Pietraszko. Każdy upływający miesiąc oznaczał zacieranie śladów, zamazywanie pamięci, nadawał ciężar argumentom. iż Pyjas zginął tak dawno, że już nie warto do tego wracać. Wreszcie w roku 1992 napisaliśmy list otwarty... z prośbą do władz niepodległej i wolnej Polski o intensyfikację śledztwa i ujawnienie wszystkich materiałów bezpieki w tym teczek T.W. Podpisali ten apel wszyscy działacze SKS-u, do których się zwróciliśmy... z wyjątkiem Leszka Maleszki. Odmowę podpisu argumentował w dosyć kuriozalny sposób: ponieważ żyjemy w państwie prawa, więc nie mamy prawa żądać czegokolwiek w tak delikatnej materii (!).
Dopiero w roku 1998 po tylu latach żmudnego i opieszałego śledztwa wyszło na jaw, że anonimy, w których grożono Pyjasowi śmiercią, pisali funkcjonariusze SB. Tyle lat! Leszek Maleszka wiedział o tym od zawsze. I trudno mi nie myśleć, że gdyby powiedział o tym głośno po śmierci swego przyjaciela, sprawy potoczyłyby się inaczej. Czy Wtedy, w roku 1977, czymś mu to groziło? Raczej nie. Stałby się człowiekiem z pierwszych stron wszystkich gazet świata i byłby zapewne bezpieczniejszy niż w sytuacji bezpieckiego szantażu, w jakiej żył. Ale taki krok niewątpliwie wymagał heroizmu. To, że zaraz po śmierci Pyjasa nie odważył się oświadczyć, że wie, iż anonimy pisano na SB, mowa wytłumaczyć lękiem i zrozumieć. Natomiast zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie przyszedł do kogokolwiek z nas i nie powiedział, że Służba Bezpieczeństwa szantażuje go deklaracją współpracy, jaką kiedyś podpisał. Leszek dobrze wie, tak jak musiał to wiedzieć wtedy, że nikt by się go nie wyparł. Pomoglibyśmy mu uporać się z tym. Bał się relegowania z uczelni? Wszyscy byliśmy w identycznej sytuacji, wszyscy baliśmy się, że nas wyrzucą ze studiów. Ale Uniwersytet Jagielloński, mimo paru profesorów kolaborantów, był miejscem dla studentów kontestatorów stosunkowo przyjaznym. Zwłaszcza Instytut Filologii Polskiej, gdzie studiował Pyjas, a większość wykładowców była ludźmi nieskazitelnymi. Mieliśmy też oparcie w kardynale Karolu Wojtyle i dużej części społeczeństwa Krakowa. Maleszka był dobrym studentem i wyrzucić go z uczelni, w sytuacji narastającego w środowisku akademickim wrzenia (po śmierci Pyjasa) - było niezwykle trudno. Może jest jednak tak, że każdy ma swego Orwelowskiego szczura? Każdy boi się czego innego i rzadko są to strachy racjonalnie uzasadnione. Był jednak na piątym, ostatnim roku. Mógł wyjechać, odsunąć się... Zdolny i pracowity, mógł pisać pracę magisterską w Psiej Wólce i obronić ją na celująco. Nie wyjechał. Trwał przy nas pewnie zafascynowany podwójną czy potrójną grą, jaką prowadził z nami i z ?nimi? ? z działaczami opozycji i agentami SB.
Redagował sporo tekstów Studenckiego Komitetu Solidarności, miał łatwe pióro i chyba to zadanie sprawiało mu przyjemność. Były to teksty poprawne, zgodne z tym, co ustalaliśmy wspólnie. Zresztą wersja ostateczna była zawsze akceptowana do druku przez wszystkich rzeczników. Natomiast oddaliśmy, mu działkę ?Indeksu? ? podziemnego pisma środowisk akademickich z kilku miast. Pismo miało świetnych redaktorów i niezłe pióra: od Mariusza Wilka po Bronisława Wildsteina, od Urszuli Doroszewskiej po Ludwika Doma, od Jarosława Zadenckiego po Aleksandra Halla. Niewątpliwie z przyczyny Maleszki ?Indeks? nigdy jednak naprawdę nie zaistniał. Tak jak nie udało się nigdy zrealizować zjazdu SKS-ów z całej Polski ? kolejne próby likwidowała bezpieka. W wywiadzie dla ?Rzeczpospolitej? Leszek Maleszka mówi: Gdyby ktoś wtedy (po powstaniu rządu T. Mazowieckiego) przyszedł do mnie i powiedział ?wiemy, kto jest Ketmanem?, napisałbym całą prawdę i opublikował. Byłem duchowo przygotowany, że lada dzień wyjdzie to, że przez tyle lat donosiłem do SB. Byłem już bardzo blisko zrzucenia z siebie tego wszystkiego. Dzisiaj byłbym już 10 lat po tym, co teraz nastąpiło. Ale nikt wtedy się nie pojawił.
Myślę, że jest to wypowiedź szczera. Leszek był człowiekiem słabym - ale wystarczająco inteligentnym, by zdawać sobie sprawę z własnej słabości. Chyba rzeczywiście czekał, że ktoś go wywoła do zdania sprawy, do stawienia czoła własnej niemożności wyznania prawdy, że społeczeństwo zażąda rozliczenia. Nic takiego nie nastąpiło, więc żył z tą swą straszną tajemnicą tyle lat.
Papież często powtarza ewangeliczne - prawda was wyzwoli ? Maleszka musiał rozumieć, że to słowa skierowane również do niego. Doktor Freud dowodził, że przemilczenia i chore tajemnice potrafią wywołać nerwicę nawet w następnym pokoleniu. Nie ma co liczyć na spełnione życie ani na zdrowe społeczeństwo, jeśli buduje się życie osobiste lub społeczne na zabagnionym gruncie. Zapewniam, że nie chodzi mi o piętnowanie ani o żadną formę zemsty, ale o imperatyw nazwania i opisania przeszłości, jakkolwiek bolesna by ona była. Nie jest prawdziwą teza, że wszyscy donosili. Jedni donosili, na innych donoszono. Jedni bili, inni byli bici. Jedni robili kariery i pieniądze, inni biedą i poniewierką płacili za wierność swym przekonaniom. I myli się, kto sądzi, że penetrowanymi przez agentów środowiskami były tylko opozycja i Kościół. Z jeszcze większym zaangażowaniem agenci SB pracowali w PZPR, w wojsku, socjalistycznych związkach zawodowych, szkołach, szpitalach. wszędzie... Tak było, gdyż tak skonstruowany był system. Realny socjalizm bazował na kłamstwie i złamanych charakterach.
Nie rozmawiałem z Maleszką od czasu opublikowania wiadomości o jego przeszłości. Jedynie na podstawie jego wypowiedzi prasowych mogę się domyślać, co czuje i myśli. I chyba są to odczucia ambiwalentne. Z pewnością nie jest mu łatwo. Czasem nie do końca mówi prawdę. Ale potrafił powiedzieć rzeczy ważne. Zasadnicze, i to szanuję. Widać zresztą, że sprawia mu to ulgę. Chcę wierzyć, że prawda go rzeczywiście wyzwoli, w każdym razie życzę mu tego z całego serca. Wszyscy przecież znamy Szawła, którzy zanim stał się Pawłem, miał na sumieniu rzeczy straszne. Nie widać jednak w świętych tekstach pokusy przemilczenia paskudnych fakt6w z przeszłości apostoła. Szansę na godne życie i odciśnięcie swego miejsca w historii ulepszania świata ma każdy. Bez takiego założenia nie ma nadziei.
Prawda nie jest jednak pucharkiem czekoladowego kremu. Bywa straszna i przyjąć ją nie jest łatwo, nawet jeśli teoretycznie deklaruje się taką gotowość; nawet jeśli się wie, że innej drogi nie.
W moim przypadku było kilka etapów. Pierwszy okres trwał dosyć długo. Intuicja i jakieś zarejestrowane w podświadomości poszlaki wskazywały na to, że Leszek był tym, który donosił. Ale przy każdej takiej myśli pojawiały się wyrzuty sumienia, obawa przed nieuzasadnionym podejrzeniem. Świadomość broni się, łatwiej żyć w pozornym spokoju. Nawet gdy fakty układaj się w dowody, nie chce się w nie wierzyć. Dopiero gdy Leszek w rozmowie z Bronkiem Wildsteinem powiedział: ?Tak, byłem Ketmanem!? ? nie sposób było dalej uciekać... Wtedy pojawiła się reakcja obrona: to nie mój problem, to problem Maleszki. Nie mam sobie nic do wyrzucenia. W sumie te wszystkie raporty i donosy tak niewiele zmieniły! Nasze zaangażowanie w opozycję dawało efekty, byliśmy środowiskiem dynamicznym i skutecznym; wiadomo, że jakiś agent był, bo być musiał, a zatem trudno... Ale taka - racjonalna zresztą - postawa dystansu jest nie do utrzymania dłużej niż kilka godzin. Po niej następuje wściekłość. Miałem ochotę Maleszce po prostu przyłożyć, powiedzieć mu, jak mocno nim pogardzam, wyrzucić z siebie cały żal za to, że tak nas oszukał, że zniszczył moją wizję naszej solidarności... Wściekłość równie szybko minęła, jak się pojawiła. Ustąpiła miejsca smutkowi i zwyczajnemu cierpieniu. Nastąpiło wiele nieprzespanych przespanych nocy i dni, w których Laszek Maleszka był stale obecny. Natrętna myśl o nim i o tym, co się wydarzyło, wracała jak uparty komar: im bardziej odpędzasz, tym częściej powraca i nawet gdy go nie widać, słyszysz bzyczenie, które budzi cię w nocy i nie pozwala się skupić za dnia.
Każdy z nas odchorował tę sprawę. Po kilku tygodniach zdecydowaliśmy napisać oświadczenie w sprawie Maleszki i wszyscy, którzy je sygnowali, przeżyli ten fakt głęboko. Niczego jednak nie żałuję: ani tego, że byłem rzecznikiem Studenckiego Komitetu Solidarności ? pierwszej instytucji, w której pojawiło się słowo ?solidarność? ? ani tego, że dowiedzieliśmy się prawdy, ani tego, że podpisałem oświadczenie nazywające rzeczy po imieniu. Spokój powrócił. Teraz ufam, że Leszek Maleszka zasłuży sobie znowu na nasz szacunek.
Bogusław Sonik
Artykuł ukazał się w "Dzienniku Polskim" 22 listopada 2001
.jpg)