SKS po latach...
Kategoria: Artykuł
Jolanta i Aleksander Kaniowie
Srodowisko duszpasterskie ?Beczka? przy Klasztorze Dominikanow poznalismy w 1971. Na poczatku chodzilismy na msze swiete ?siodemki? i wspolne sniadania w duszpasterstwie akademickim. (?Beczka? to symboliczne okreslenie wielkiego pomieszczenia z wejsciem od kruzgankow. Sklepienie jest w nim ?beczkowe? i zapewne stad ta nazwa). Przez wspomniane duszpasterstwo przewijala sie wielka rzesza studentow. Przychodzili tam ludzie o roznych doswiadczeniach zyciowych, zainteresowani religia, polityka, historia, kultura. Nam szczegolnie przypadly do serca spotkania prowadzone przez O. Jana Kloczowskiego. Szukalismy nowych drog, sensu, prawdy, nie nazywajac tego od razu Bogiem. O. Jan Kloczowski, duszpasterz-przyjaciel, uczyl nas myslenia w obrebie wiary, uczyl stawiania pytan o to, kim jest Bog i kim jest czlowiek. Odkrywal przed nami ewangeliczne zrodla wiary, godnosc osoby ludzkiej i ewangeliczna wolnosc. Te rozwazania prowadzily nas takze do myslenia o kraju, w ktorym zylismy.
?Beczka? to byl roj. Wielka gromada ludzi. Rzeka ludzi. A jak to bywa z rzeka, czasami trafiaja sie w niej mielizny, czasami zaczepi sie o korzen, czasami potknie sie o glaz... I tak zbieralismy sie, tak powstawala ?ekologia? krakowskiej ?Beczki? a posrednio rowniez SKS-u. ?Beczka? byla swoistym egzystencjalnym fenomenem. Duzo akcji ? na przyklad pomoc starszym ludziom. Duzo dyskusji, wiele slow, rodzace sie przekonania, sila zasad moralnych i otwartosc wyrazanych pogladow, czy to w ?Beczce?, czy takze w prywatnych domach. Oto msza swieta podczas jednego z naszych spotkan ? tym razem u Bohdana Cywinskiego. Maly synek panstwa Cywinskich wchodzi pod stol mszalny w poszukiwaniu tajemnicy... Jego rodzice i goscie maja dosyc strapione miny. Wreszcie w obawie, by stol sie nie zawalil, Bohdan prosi chlopczyka, aby wyszedl. ?Czego tam szukasz synku ? pyta ? Pana Boga? Jego nie ma pod stolem. On jest na wierzchu?. Innym razem ? u Basi Boratynskiej dyskutowalismy o czyms, co mi tak bardzo przypomnialo lekture eseju Stanislawa Grygiela o ?Elegiach Duinejskich? opublikowanego w ?Znaku?. Kiedy z zapalem wyrazalem swoje mysli, ze wzruszeniem spostrzeglem, ze Pan Stanislaw byl wtedy razem z nami, w tym samym pokoju. To bylo tak, ze bylismy wtedy razem z wieloma ludzmi, dzielac sie z nimi mysla i czynem. Na naszych oczach formowalo sie oto nowe pokolenie, ktore musialo zaczac myslec za siebie i budowac swoj wlasny etos. To byla ?Beczka?, to bylo duszpasterstwo u Sw. Anny, u Jezuitow w Krakowie jak rowniez w wielu innych miejscach Polski.
W 1975 po ukonczeniu moich studiow (Jola skonczyla rok przede mna), wyjechalismy z Krakowa do Kielc (jak Kisiel napisal w ?Tygodniku Powszechnym?: ?Wyjechac do Kielc, oddac mozdzek na szmelc?; Lilka ? ta wzniosla mysl jest ONLY FOR YOU!). Oczekiwanie na mieszkanie w Krakowie wygladalo dosc beznadziejnie - okolo 25 lat. W Kielcach natomiast natychmiast dostalismy 2 male pokoiki w Domu Mlodego Asystenta oraz obietnice, ze szybko otrzymamy mieszkanie spoldzielcze (co sie spelnilo, chociaz nie na dlugo). Kielce to byl dla nas nowy swiat. Jola zaczela prace w Instytucie Ksztalcenia Nauczycieli, ja na Politechnice Swietokrzyskiej jako matematyk. Miasto rozwijalo sie bardzo dynamicznie, a wraz z nim - uczelnie. Wiekszosc naszych znajomych przybyla do tego miasta tak jak i my ? z roznych stron Polski: Gdanska, Poznania, Wroclawia.... Mlodosc, male dzieci, dobre perspektywy zawodowe i mieszkaniowe - wszystko to wiazalo ludzi, owocowalo przyjazniami. Ale powracalismy do Krakowa, do ?Beczki?, do naszych korzeni...
Przelomowym czasem dla naszej rodziny byly lata 1976-77. Z roznych zrodel dowiadywalismy sie o dramatycznych wydarzeniach w Radomiu i Ursusie. Slyszelismy o protestach przeciwko podwyzkom cen, o aresztowaniach, o sciezkach zdrowia urzadzanych robotnikom przez milicje. Czulismy, ze przekroczamy pewien prog dojrzalosci politycznej i spolecznej.
Nasi krakowscy przyjaciele coraz czesciej odwiedzali nas w Kielcach. Lilka Batko, Bogus Sonik, Ela Krawczyk, Robert Kaczmarek i Malgosia Gatkiewicz przywozili informacje o pracy duszpasterstwa nadal skupiajacego sie wokol O. Kloczowskiego, jak rowniez ich kontaktach z KOR-em. Wiedzielismy o ich czynnym zaangazowaniu w pomoc represjonowanym robotnikom.
O smierci Stanislawa Pyjasa po raz pierwszy uslyszelismy od Lilki Batko, ktora byla u nas przejazdem w Kielcach. Malo wiedzielismy o nim, nie znalismy sie osobiscie. Lilka poinformowala nas, ze cialo Staszka zostalo znalezione 7 maja w bramie przy ul. Szewskiej w kaluzy krwi. Nie bylo zadnych watpliwosci, ze zostal on zamordowany. Zdaniem Lilki, Staszek byl piekna postacia - bardzo odwazny, o nonkonformistycznych pogladach. Zaplacil wlasnym zyciem za zaangazowanie w dzialanosc opozycyjna. Lilka byla wstrzasnieta jego smiercia, co jeszcze bardziej zdeterminowalo ja do pracy w opozycji. Wkrotce otrzymalismy informacje o pochodzie z czarnymi flagami, mszach zalobnych, i powstaniu SKS-u. Dzielilismy sie tymi wiadomosciami z kieleckimi przyjaciolmi i znajomymi, ktorzy sluchali wtedy rowniez Radia Wolna Europa oraz dyskutowali na temat KOR-u i SKS-u. Wyraznie odczuwalo sie juz zmiane klimatu i nastawienia ludzi. Chcieli wiedziec, poznawac fakty, ale poczatkowo bez czynnego zaangazowania w otaczajaca rzeczywistosc.
Kontakty z krakowskim SKS-em niewatpliwie byly dla nas inspracja do poznawania nowej, prawdziwej historii. Zalozylismy w domu klub dysykusyjny. Czytalismy razem ksiazki i materialy wydawane poza oficjalnym obiegiem. Czesto korzystalismy z materialow przywozonych przez kurierow. W dniu moich imienin, 12 grudnia 1977, zamiast tradycyjnego ubawu, zaproponowalismy naszym gosciom dyskusje nad ksiazka Adama Michnika ?Kosciol, lewica, dialog?. Moderatorem dyskusji byl profesor historii z KUL-u, ktory zreszta pelnil wtedy pewne koscielne funkcje w Kielcach. Byla to prawdziwa uczta duchowa. Moderator byl co prawda konserwatysta - o ile pamietam - ale jego wprowadzenie do dyskucji bylo wtedy dla nas intelektualnie niezwykle stymulujace. Wreszcie otaczajaca nas w tamych czasach rzeczywistosc nabrala glebszego sensu.
Nazajutrz dowiedzielismy sie od uczestnikow wspomnianego spotkania, ze SB obstawilo poprzedniej nocy akademik, azeby wytropic naszych gosci. Byl to pierwszy oczywisty sygnal, ze podjeto proby zorientowania sie w naszych dzialaniach i kontaktach. Dowodzilo to takze, iz SB mialo w naszym srodowisku swoich donosicieli. Poprzez zwierzchnikow w naszych miejscach pracy wywierano na nas presje, bysmy zaprzestali organizowania nastepnych spotkan towarzyskich. Chciano tez koniecznie sie dowiedziec, co bylo tematem spotkania 12 grudnia i kto bral w nim udzial. Zaczely sie zaproszenia na tzw. przyjacielskie rozmowy. Jednak wyszkoleni, poinformowani, douczeni przez SKS (szczegolnie Lilke, Bogdana i Ele) odmawialismy udzialu w tych rozmowach i informowalismy naszych przelozonych, ze jesli SB chce miec z nami ?rozmowe?, sa po temu legalne srodki, tj. formalne wezwanie na przesluchanie, podanie powodow, miejsca, czasu itp. Wreszcie pewnego dnia Dyrektor Zakladu Matematyki wszedl do mojego biura i powiedzial, ze otrzymal telefon z Komendy Wojewodzkiej, iz mam sie stawic natychmiast na przesluchanie. Powod tajny. Jesli nie przybede osobiscie, wezma mnie sila. Ustalilem z moim szefem, dokad ide, o ktorej godzinie i poszedlem. Okazalo sie potem, ze oficjalnym powodem przesluchania bylo podejrzenie, iz bylem zaangazowany w podlozenie bomby pod pomnik Lenina w Nowej Hucie. Ale rzeczywistym powodem byly nasze towarzyskie spotkanie i lista ich uczestnikow. W obydwu kwestiach odmowilem jakichkolwiek informacji. Przesluchiwalo mnie dwoch.funkcjunariuszy SB. Jeden mlody oficer oraz drugi starym ubek o nazwisku Kwietniewski. Ten mlodszy robil swoja robote, ale zachowywal sie przyzwoicie. Kwietniewski natomiast wrzeszczal, grozil zwolnieniem z pracy, wyzywal od jadowitych gadow i obcych agentow. Do rekoczynow nie doszlo. Nie bylem pewny do konca, czy mnie wypuszcza, bo odmawialem zlozenia zeznan na pismie, choc dawali mi sporo czasu w paru rundach. Wreszcie wyszedlem tego samego dnia bez podpisywania czegokolwiek.
Moja zona zostala wezwana na przesuchanie 1 czerwca 1978 roku. Byla wtedy juz w dosc zaawansowanej ciazy z naszym drugim dzieckiem. Ponownie SB-cy wrocili do naszego grudniowego spotkania, zadali nazwisk gosci oraz osob zaangazowanych w roznego rodzaju akcje organizowane przez SKS, jak rowniez informacji na temat nielegalnych materialow i kanalow ich kolportazu. Straszyli, ze spowoduja jej zwolnienie z pracy za dzialalnosc, ktorej nie mogli udowodnic. Zostala wypuszczona po trzech godzinach.
Sluzba Bezpieczenstwa byla w Kielcach bardzo silna. Zdawalismy sobie z tego sprawe, ale nas to nie paralizowalo. W akademiku zalozylismy i usilowalismy domagac sie swoich praw. Na przyklad w czasie panstwowych wyborow do Sejmu wymusilismy na uczelnianej organizacji PZPR, by nie odwiedzano mieszkancow naszego akademika, ktorzy nie brali udzialu w glosowaniu. Nie byl to pierwszy baraz i nie ostatni. Zawsze korzystalismy z instrukcji Lilki i Bogusia, ktorzy dodawali nam otuchy i odwagi, zachecajac do otwartego dzialania i - jesli trzeba bylo - sprzeciwu. Sami tez wiedzielismy, ze trzeba zachowac zawodowa przyzwoitosc i naciskac tak, by osiagnac swoj, jednak nie dopuszczajc do awantur lub prowokacji ze strony SB. Opozycja na Politechnice w Kielcach nigdy nie byla w przewadze. Nawet za czasow ?Solidarnosci? w zwiazku bylo zaledwie 50% pracownikow. Zawsze jednak mialem szacunek dla odmiennych pogladow i uwazalem ze taka proporcja byla prawdopodobnie wlasciwa. Z perspektywy czasu sitwierdzam, iz to sie oplacilo, gdyz nigdy nie bylo na Politechnice politycznych awantur, chociaz po roku 1980 odbywaly sie wyklady Uniwersytetu Latajacego, powstal NZS i wiele innych inicjatyw, ktore pomagaly tej uczelni i regionalnej ?Solidarnosci?.
Wkrotce po 1977 zaczelismy z zona rozpowszechniac wydawnictwa niezalezne . W tym czasie zatrzymywali sie u nas kolporterzy, przewozacy bibule z Warszawy do Krakowa. Zatrzymywali sie nieraz na kilka godzin, by zgubic sledzacych ich tajniakow. Mielismy w akademiku wydawnictwa KOR-u (Robotnik), SKS-u (Sygnal), ulotki, jak i inne materialy opozycyjne. Nasi najblizsi znajomi chetnie czytali, zagladali i zapoznawali sie z trescia tych wydawnictw. Byli tez bardzo czujni. Na przyklad, gdy wezwano mnie na przesluchanie (patrz wyzej) nasz przyjaciel natychmiast przybyl do akademika i wyniosl z naszego mieszkanka wszystko do czysta na wypadek spodziewanej rewizji. Z Tadziem do dzis chodzimy na drinka ilekroc zdarza mi sie odwiedzac Krakow.
W lutym 1978 roku bylem na wykladzie Adama Michnika, ktory odbywal sie w mieszkaniu B. Sonika przy Florianskiej w ramach spotkan ?latajacych uniwersytetow?. Wyklad zostal przerwany przez milicje przy pomocy gazow lzawiacych. Siedzielismy na podlodze, trzymajac sie za rece, aby w ten sposob nie dopuscic funkcjonaruszy do mieszkania a mimo to Michnik kontynuowal prelekcje. Mialem wtedy niesamowite poczucie solidarnosci i wspolnoty z nieznanymi w wiekszosci uczestnikami tego spotkania. W pewnej chwili wszyscy chcwycilismy sie pod ramiona i udalo nam sie (w sumie okolo 100 osobom) zejsc z pierwszego pietra Sonikowego mieszkania. Wyszlimy na ulice, wsadzilismy Adama w srodek naszej falangi i przeprowadzilismy go z Florianskiej na Grodzka, do mieszkania Lilki Batko, gdzie mial on nocowac. Bylo juz po zmroku. Ulica Florianska jak zwykle tlumna, byla swiadkiem tego niezwyklego pochodu, otoczonego SB-kami, ktorzy koniecznie chcieli dobrac sie do skory Adama Michnika. Oczywiscie im sie nie udalo.
Tego wlasnie dnia przyjechalem do Krakowa wczesniej i poszedlem prosto na Grodzka. Lilka otworzyla drzwi i ja natychmiast obwiescilem donosnie, ze wlasnie przywiozlem puszke farby drukarskiej. Lilka zbladla, postukala mnie w czolo i powiedziala to i tamto. Rzeczywiscie nie bylo to z mojej strony zbyt rozsadne. Mieszkanie bylo bowiem z pewnoscia na podsluchu. Puszka byla rzeczywiscie wielka, galonowa, ale zawierala konserwe miesna, ktora sie chyba przydala tego wieczoru, a gosci bylo sporo. Tego samego wieczoru poznalem osobiscie Adama Michnika jak rowniez Staszka Baranczaka. Staszkowy wyklad zostal w tych okolicznosciach odlozony, ale nie na dlugo. Bodajze nazajutrz odbyl sie u Norbertanek przy sali pelnej studentow.
Przesluchania, ktorych doswiadczylismy nie wrozyly niczego dobrego. Jednakze mocne wiezi przyjazni i wsparcia ze strony krakowskiego SKS-u pozwolily nam przetrwac do czasow ?Solidarnosci?. Ostatni kontakt, jaki mielismy z SKS-em nastapil pewnego niedzielnego poranka we wrzesniu 1980. Wlasnie zaczal sie strajk solidarnosciowy w ?Iskrze? (Fabryce Lozysk Tocznych w Kielcach). W sobote dodzwonilem sie do B. Sonika z prosba o pomoc ekspertow dla strajkujacych. Nazajutrz przybyli Janusz Korwin-Mikke i Leszek Maleszka. Zjedli sniadanie u nas w domu i pojechalismy do Iskry. Warta robotnicza nas przepuscila. Ale to juz byla nowa era, inne czasy.
Podziw i uznanie dla srodowiska SKS-u pozwolily nam rowniez dostrzec i pielegnowac kontakty z mlodym ruchem NZS na naszej uczelni ? by wspomniec wspaniala postac Jarka B. i jego zone. Przychodzili tez do ?Solidarnosci? mlodzi ludzie ze szkol srednich. Ale staralismy sie utrzymac pewien dystans, by dac mlodym szanse na samookreslenie. Chociaz ?Solidarnosc? na Politechnice nie poparla strajku studenckiego (tuz przed wprowadzeniem stanu wojennego), to jednak bylismy z nimi, mielismy 24-godzinne dyzury przez caly czas trwania strajku.
Skoro mowa o studentach, to musze przyznac ze wspaniale spisal sie Ks. Lukomski, ktory w tamtych czasach byl duszpasterzem akademickim w Kielcach. Byl tez kapelanem wspomnanego juz strajku studenckiego. Codziennie odprawial msze sw. w auli Wydzialu Budowlanego. Po prostu byl obecny i to bylo piekne. Bardzo duza pomoc okazal tez opozycji sp. Ks. Jaworski ? wtedy proboszcz Kosciola Katedralnego, pozniej biskup pomocniczy. Wspaniala byla odpowiedz kleru na trzesienie ziemi we Wloszech. W bardzo wielu kosciolach tej wlasnie niedzieli odczytano wezwanie ?Solidarnosci? do zbiorki pieniedzy i darow na rzecz poszkodowanych. Obeszlo sie bez imprimatur biskupiego. Po prostu ksieza staneli murem za ta inicjatywa. W nastepnych dniach nie moglismy nadazyc z ciezarowkami aby spakowac te drogocenne dary ludzkiego wspolczucia i braterstwa.
Oto teraz, po 26 latach od powstania SKS-u zostalismy zaproszeni do napisania wspomnien, aby dac swiadectwo tamtym czasom. Jak oceniamy tamto zaangazowanie? Co wnioslo w nasze zycie? SKS wyzwalal odwage, pokazywal droge, byl bez watpienia najpiekniejsza karta powojennej opozycji - opozycji, ktora skladala sie z mlodych ludzi, sklonnych do ofiarnosci i wysilku na rzecz innych. Przyjazn z czlonkami SKS-u dawala nam poczucie, ze mozna zaufac ich mysleniu i dzialaniu. W swej pracy nigdy nie kierowali sie interesem wlasnym, dobro wspolne zawsze stawiali na pierwszym miejscu. Ich zaangazowanie pozwalalo trwac w nadziei, ze kiedys Polska bedzie Polska.
Jolanta i Alesander Kaniowie
