To, czym żyliśmy

Data: Sob, 5 Maj 2007
Kategoria: Artykuł

Bogusław Sonik

To, co otaczało nas wokoło, wydawało się dziwne, mało interesujące i mało pociągające, by podejmować próby zmiany czegokolwiek. Przytłaczała nas bezwładność systemu. 

Poznaliśmy gaz łzawiący w czasie robotniczej rewolucji na Wybrzeżu; niektórzy z nas otarli się o śmierć. Rozdyskutowani, nie potrafiliśmy przełożyć na formę naszego młodzieńczego buntu przeciwko temu, że świat nie jest doskonały. 

Wtedy też, niektórzy z nas zwrócili swoje zainteresowania w kierunku walczących z dyktaturami ludów Ameryki Południowej. Podziwialiśmy ich odwagę, radykalizm, zdecydowanie. Znów stanęła przed nami nasza historia, powstania, ruch oporu. Teraz tam widzieliśmy tych, którzy podjęli tę samą walkę co niegdyś nasi przodkowie. Jest to okres w życiu, kiedy nie lubi się kompromisów i szuka rozwiązań jednoznacznych i ostatecznych.

Z niecierpliwością szukaliśmy informacji o tamtejszych wydarzeniach. Niesprawiedliwe struktury, które trzeba zmienić, to była nasza pasja. Przyjmowaliśmy z dobrą wiarą nastolatków tezę, że nieraz potrzebna jest rewolucja obalająca stary porządek, w imię lepszego, sprawiedliwego jutra.

Dla nas chrześcijan było naturalne, że w tej walce nie powinno zabraknąć chrześcijan i Kościoła jako instytucji. Oczekiwaliśmy od Kościoła równie radykalnych odpowiedzi na problemy Ameryki Południowej, jakie dawały ruchy z Kościołem nie związane. Z radością znajdowaliśmy wśród walczących w tamtych krajach  księży, którzy obok sutanny nosili karabin. Rozczytywaliśmy się w tym, co mówił i pisał Dom Helder Camara. Świadomość, że Królestwo Boże należy budować już tu i teraz, wśród nas, na naszej ziemi, i ż nasza wiara, nasza religia musi odpowiadać również na nasze ziemskie problemy, na niesprawiedliwość, stawała się coraz bardziej obecna.

Nie mogliśmy i nie chcieliśmy się pogodzić z tym, że będąc chrześcijaninem, można przechodzić obojętnie wobec bitych, prześladowanych, więzionych i wykorzystywanych. Czytaliśmy listy konferencji Episkopatu Ameryki Łacińskiej, staraliśmy się uchwycić tamtą atmosferę Kościoła walczącego w obronie ludzkich praw, ludzkiej godności. Pragnęliśmy gorąco, aby Kościół znalazł się obok problemów rozdzierających tamte społeczeństwa. 

O tych problemach dyskutowaliśmy w duszpasterstwach akademickich. Wspólnie czytaliśmy Ewangelie, książki, artykuły, jeździliśmy w góry, gdzie do rana rozmawialiśmy o tym, jak żyć, o tym co jest w życiu najważniejsze, o wartościach, którym trzeba pozostać wiernym. O tym, że czasami bycie wiernym, to bardzo trudne zadanie. 

I powracało pytanie jak ty, jak ja zachowamy się w sy­tuacji granicznej, w której przyjdzie zaświadczyć. Wtedy też wielką karierę zrobił tekst Sołżenicyna Żyć bez kłam­stwa. Ten program, pozornie łatwy, okazywał się niezwy­kle wymagający dla kogoś, kto decydował się go przyjąć za swój. Musiał być przyjęty w całości. Sfrustrowani przez geopolityczne limity naszej części Europy nie wi­dzieliśmy szans na zmianę naszej sytuacji. Nie chcieli­śmy też robić rzeczy małych, przyziemnych. Pociągał nas maksymalizm. Pragnęliśmy przeżyć coś wielkiego, na miarę naszych wcześniejszych pokoleń, czy też ludzi walczących z dyktaturami w różnych częściach świata. 

Cały czas towarzyszyło nam nieodparcie wrażenie, że nie mamy żadnej wspólnej tradycji, żadnego wspólnego przeżycia, niczego co pozwoliłoby mówić o naszej gene­racji, że stanowiliśmy czy stanowimy pokolenie. Patrząc na nasze lustrzane odbicie, widzieliśmy przeciętnych zja­daczy chleba, mniej lub bardziej zdolnych. 

Owszem, byliśmy aktywni, obecni w duszpasterstwie akademickim, prowadziliśmy obozy, inicjowaliśmy różnorodne akcje społeczne, staraliśmy się wykorzystać po­siadane możliwości. Ale każde takie środowisko potrze­buje jakiegoś sprawdzianu, próby, która często niesie ze sobą konieczność samookreślenia, odpowiedzenia sobie naprawdę kim jestem i na jak wiele mnie stać. 

W końcu przyszedł i dla nas czas próby; była to dla nas próba odwagi, a więc ta, w cieniu której wzrastaliśmy. 

Włączyliśmy się w roku 1976 w akcję pomocy robotni­kom uwięzionym, wyrzuconym z pracy po strajkach w Ra­domiu i w Ursusie. Stało się to poprzez kontakty z dopiero co powstałym Komitetem Obrony Robotników; doskonale pamiętam spotkanie z o. Jackiem Salijem, który pierwszy opowiedział mi o inicjatywie warszawskiej. Poszedłem od razu pod krakowską kawiarnię "Rio" i poprosiłem przyja­ciół i znajomych o wsparcie wyrzuconych robotników, dumny wracałem z zebranym "skarbem". Przyszli za parę dni, porucznik Muszyński błysnął legitymacją i wręczył wezwanie na rozmowę ostrzegawczą, będę nagrywał na magnetofon, żebyście potem nie powiedzieli, żeśmy nie ostrzegali..., potem dziekan radził szybko kończyć studia, bo oni wszystko mogą... W Krakowie byliśmy dość osa­motnieni, nam, grupie z dominikańskiej "Beczki" szybko w sukurs przyszła grupa polonistyki Uniwersytetu Jagiel­lońskiego. Nie istniało natomiast, tak jak w Warszawie, pokolenie 68 ani środowiska intelektualistów, które byłyby gotowe wesprzeć otwarcie korowską inicjatywę, poza, oczywiście, paroma wyjątkami. Mieliśmy więc własną, prywatną szkołę życia, środowisko warszawskie poznali­śmy osobiście dopiero po śmierci Staszka Pyjasa, kiedy ogłosiliśmy bojkot Juwenaliów 77. 

Nagle spostrzegliśmy, że nas też otacza świat, który wymaga stałej troski, że trzeba zbierać pieniądze dla po­trzebujących, pisywać informacje. Trzeba wykonywać żmudną, zwykłą pracę, która wymaga solidności, praco­witości, wiedzy. 

Dogonił nas nasz własny świat, świat codzienności, w której żyliśmy. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, że musi­my podjąć te wszystkie ludzkie sprawy, dramaty. Że jest to dla nas wyzwanie, na które musimy odpowiedzieć. Musimy, gdyż nie można przecież nie bronić krzywdzo­nych na naszych oczach. I odpowiedzieliśmy tak. 

Niejednokrotnie zarzucano nam, że jesteśmy polityka­mi, że zajmujemy się polityką. Denerwowało nas nadawanie nam tego samego tytułu, cóż my mieliśmy wspól­nego z polityką? Czyż można było nazwać polityką zwykłą wrażliwość na zło, które działo się wokół nas? Po pro­stu, mieliśmy już dosyć, nie mogliśmy nie wyciągnąć ręki do kogoś, kto był w potrzebie. Nie chcieliśmy pozwolić żeby nas, katolików tam zabrakło. To był po prostu nasz obowiązek. Obowiązek, który dla nas wynikał jasno i prosto z Dobrej Nowiny. To był naturalny odruch, kon­sekwencja przyjęcia na serio tego, o czym do tej pory dyskutowaliśmy i tego, co podziwialiśmy w naszej trady­cji, a równocześnie przyszła, jak już wspomniałem próba odwagi. Zatrzymywani, przesłuchiwani i straszeni mieli­śmy przejść swój chrzest bojowy.

Metod używano różnych, my mogliśmy tylko prze­ciwstawić wiarę w obronę słusznej sprawy i tak też zrobiliśmy. Niektórzy z nas odeszli, bądź na chwilę, bądź bez­powrotnie, na ich miejsce przychodzili nowi, zauroczeni tym, że można tak blisko otrzeć się o ludzką solidarność.

Spotykaliśmy różnych ludzi, w tym i naszych ró­wieśników, niewierzących, którzy innymi drogami dochodzili do takich samych jak my wniosków, goto­wi bronić tych samych wartości. Przyglądaliśmy się sobie nawzajem, choć na bardzo głębokie rozmowy nie było zbyt dużo czasu, były konkretne rzeczy do zrobienia. Było dla nas oczywiste, że prawdziwymi sprzymierzeńcami Kościoła są ludzie, którzy głoszą prawdę. 

Żyliśmy jak ludzie wolni, realizujący z uporem wyznaczone cele. A celem było odtworzenie więzi między ludźmi, przywrócenie wiary w to, że nie jeste­śmy bezsilni, obudzenie świadomości, że tylko razem możemy się przeciwstawić złu, dlatego też w 1977 roku stworzyliśmy Studencki Komitet Solidarności, którego zadaniem było bronić naszych praw jako stu­dentów i jako obywateli. Przeświadczeni byliśmy o konieczności funkcjonowania demokracji zarówno w naszym państwie, jak i w naszym środowisku, w naszych działaniach. Dlatego też, odwoływaliśmy się do demokratycznego nurtu naszej historii, wyszu­kiwaliśmy prekursorów demokratycznego sposobu myślenia. 

I na tej drodze spotykaliśmy ludzi Kościoła, instytu­cji, która nas uważnie słuchała, udzielała rad i przyjaciel­skiej pomocy. Trud codziennych spraw dźwigaliśmy sami, ale zawsze mieliśmy świadomość, że jest ktoś, kto myśli podobnie, mówi podobnym językiem, broni tych samych ludzi, a także gotów jest wystąpić w naszej obro­nie. Na niezależnych wykładach uczyliśmy się historii, ekonomii, historii literatury. Wydawaliśmy i czytaliśmy własne pisma.

Perspektywa zmiany wydawała się jednak długa, na­wet za długa. Dlatego sierpniowy strajk był dla nas czymś zaskakującym. 31 sierpień otworzył nowy roz­dział w historii naszego pokolenia. To ono właśnie ma­sowo odpowiedziało na wezwanie do tworzenia nowych związków. Nadszedł nowy czas próby, próba odpowie­dzialności. W przeciągu kilku tygodni musieliśmy się nauczyć prawie wszystkiego: sprawnego organizowa­nia, formułowania programów, uważnego słuchania lu­dzi w zakładach pracy. 

Nasza praca dawała nam satysfakcję. Dzieliliśmy się radością z budowania własnej organizacji, która miała zależeć od nas, od naszych umiejętności. Nie będę bliżej opisywał tego czasu. Nasuwa się, jak zwykle w takich sy­tuacjach, pytanie następujące: czy stanęliśmy na wysoko­ści zadania? Myślę, że tak. Oczywiście można było, jak zawsze, zrobić więcej, lepiej, działać skuteczniej, mą­drzej. Okazało się, że nie mieliśmy zbyt dużo czasu, ale doświadczenia płynące z tych szesnastu miesięcy zostaną nam już na zawsze, niezależnie co się z nami stanie, jak się potoczą nasze losy. 

Mijają lata. Z rozpalonych nastolatków przekształcili­śmy się w statecznych trzydziestolatków. Ubyło włosów, przybyło refleksji i gdy patrzę za siebie, inaczej dzisiaj widzę moje młodzieńcze fascynacje, gorączkowość z ja­ką chciało się zmienić świat. 

Sądzę jednak, że nadal w nas została tamta wrażliwość, tamta niezgoda na kłamstwo. Zobaczyliśmy jaskrawo nie­bezpieczeństwa kryjące się we wszelkich demagogicznych ideologiach i programach, które obiecują szczęście, już tu i teraz. Przeważnie proponując na początku przemoc, jako niezbędny środek do wprowadzenia sprawiedliwości. Po­tem oczywiście przemoc już na zawsze wchodzi do podsta­wowych elementów proponowanego ładu społecznego. 

Śledząc wydarzenia w Ameryce Łacińskiej, widoczne jest zagrożenie, jakie niesie dla Kościoła zaangażowanie się księży w struktury polityczne, państwowe, zrozumiała jest ostrożność Kościoła w tym względzie. Misja Kościoła, choć dotyczy naszego, tu i teraz na tej ziemi, jest również czymś więcej; pokazuje bowiem, że naszej ziemskiej egzy­stencji sensu nadaje naznaczenie jej przez Chrystusa. 

Zobaczyliśmy również jasno, że w życiu można robić wiele dobrego, począwszy od siebie, od swojej rodziny, od ludzi, któ­rzy cię otaczają. Widzieliśmy na własne oczy, jak rosła potęga prawdy, zataczając coraz większe, zwycięskie kręgi. 

Jeszcze jednym doświadczeniem wyniesionym z tam­tych lat było to, że wiedzę o świecie, o człowieku, zdobę­dziesz idąc wśród ludzi, słuchając ich problemów, odpo­wiadając na ich potrzeby. Trzeba przeżyć swoje klęski i zwycięstwa w małych sprawach, by móc rozpoczynać te wielkie. A to właśnie z tych małych składa się nasz świat i to one będą decydować w końcu o jego obliczu. 

Dlatego też jestem wdzięczny losowi, że je pozostawił na mojej drodze do rozwiązania, dzięki nim dał mi poczu­cie, że to właśnie i ode mnie zależy los świata, a nie tylko od wielkich mocarstw, czy wielkich polityków. 

Bogusław Sonik

Tekst wygłoszony na konferencji poświęconej historii Kościoła polskiego w Gazzadzie we Włoszech we wrześniu 1984