Życie w czasach SKSu

Data: Sob, 5 Maj 2007
Kategoria: Artykuł

Liliana Sonik 

Nie potrafię mówić w imieniu wszystkich. Przecież każdy z nas przeżywał ten czas inaczej. To stwierdzenie nie jest zwyczajnym banałem. Cechą charakterystyczną Studenckich Komitetów Solidarności, ich ogromną wartością było to, że skupiały bardzo różnych ludzi: rozmaite życiorysy, tradycje rodzinne, style myślenia, systemy wartości; różne ideały, różne wizje Polski wymarzonej, różne motywacje działania, zainteresowania, poglądy, lektury, fascynacje, rozmaite formacje światopoglądowe... W pewnym sensie był SKS prefiguracją tak dzisiaj modnych postaw.

Nasza rozmaitość i 'wielobarwność' nie wynikała jednak ani z mdłej tolerancji ani z rachunku taktycznego. Polifoniczność SKS- u brała się z fascynacji złożonością świata. Być może w szarej, jednowymiarowej rzeczywistości schyłkowego Gierka wygłodzeni byliśmy odmienności?

W SKSie krakowskim (lub na jego obrzeżach) istniało wiele grup. Każda zachowywała własny charakter, idee, sposób działania, język, ba nawet sposób ubierania się... Porównać wystarczy rozwichrzone fryzury anarchistów i przedwojenną niemal, wymuskaną elegancję dwu pięknych chłopców - Włodka Steckiewicza i Piotrka Boronia; ekstrawaganckie suknie Eli Majewskiej, która po skończeniu polonistyki poszła do szkoły cyrkowej, gdyż chciała być clownem - ze sportowym stylem (dżinsy, koszula) Eli Krawczykówny. Ela z kolei, po skończeniu medycyny i uzyskaniu specjalizacji z chirurgii, została zakonnicą i pojechała leczyć do Afganistanu. Obok harcerskiej zgrzebności brązowych trzewików Anki Krajewskiej - dzisiaj biznes women - mieliśmy wielkoświatowy szyk Aki Środoniowej. Wśród chłopców popularne były wojskowe kurtki, co wcale nie oznaczało skłonności militarnych, oraz słynne chlebaczki, w których nosili powieści latynoamerykańskich pisarzy i 'bibułę'.

Mogłabym powiedzieć, żeśmy się pomimo różnic szanowali - to jednak nie był tylko szacunek. Szacunek dla odmienności wynika zazwyczaj z intelektualnej analizy, drogą której dochodzi się do wniosku o potrzebie (czy przydatności) tolerancji... Natomiast w SKSie byliśmy po prostu zafascynowani jedni drugimi - nawet jeśli wiele nas różniło, nawet jeśli się nie zgadzaliśmy ze sobą, nawet jeśli jedni drugich śmieszyli albo i oburzali....

Zaczęło się oczywiście od zbliżenia katolików z 'anarchistami' i o tych dwu składowych środowiskach dużo się już mówiło. Ale w SKSie, albo wokół SKS-u, funkcjonowało wiele innych środowisk: harcerze i chłopcy z AGH, post-hippisi, którzy potem zakładali Pomarańczową Alternatywę oraz istniejąca wokół sióstr Honowskich grupa szukająca wzorów w Taizé i nowych francuskich ruchach religijnych. Ci wszyscy byli studentami. Mieliśmy jednak również szerokie zaplecze poza studenckie. Wymienię kilka osób w porządku najzupełniej przypadkowym - każda z tych osób reprezentowała pewne środowisko:

- pan Izdebski - znacznie od nas starszy niepodległościowiec, szlachetny i odważny, który po zorientowaniu się, że większość przechowywanej przez niego bibuły to teksty Gombrowicza mocno się zdenerwował - jako że miał prozę Gombowicza za nic - a jednak w dalszym ciągu, z narażeniem własnej skóry, trzymał zakazaną literaturę w piwnicy...

- cicha, łagodna pani Danuta Suchorowska - nazywana przez nas, na użytek bezpieckich mikrofonów, Pamelą...

- pan Czarniecki - żarliwy przedwojenny socjalista, zwolennik pracy organicznej, naukowiec z PAN-u, który na pierwsze spotkanie przyszedł z prezentem: przyniósł nam obrazek "Strajk dzieci we Wrześni" ...

- Państwo Zychowiczowie - rodzice jednego z nas - pan Zychowicz - znakomity tłumacz, pracował często dla Znaku, gdzie naszą ostoją był tryskający humorem i optymizmem pan Franek Blajda

- Mirek Dzielski - wspaniały przyjaciel, powiernik, doradca osobisty, codzienny niemal gość na Grodzkiej. Mirek na nas testował odbiór swych tekstów

- Zygmunt Chyliński, wówczas docent fizyki, którego drzwi zawsze [a zwłaszcza gdy mieszkał u niego znakomity satyryk Janusz Szpotański] były dla nas otwarte. Dzielski, Chyliński i Szpotański stanowili trójkę stale kłócących się przyjaciół; ich dyskusje były intelektualnymi fajerwerkami

- Młodzi pracownicy naukowi AGH - Robert Kaczmarek i Michał Siciński

- Wielkie damy arystokracji z paniami Pelagią Potocką, Tilką Osterwiną i Mają Woźniakowską - matką naszych SKS-owskich kolegów - na czele

- Profesor Jacek Woźniakowski, mądry, błyskotliwy, ciepły

- księża - bardzo różni i nie zawsze znający się między sobą: wieloletni więzień Wronek - X Hojoł, w którego ubożuchnej plebanii ukrywało się wielu z nas; x Adam Boniecki mieszkał w domu rzecznika SKS- u Ziemowita Pochitonowa i z tej racji był świadkiem wielu konwentykli, młodziutki wówczas X Tadeusz Zaleski,; a także X Wit Andrzejewski z Gorzowa i ojciec Augustyn - bernardyn...

- Środowisko Filharmonii krakowskiej...

- Środowisko Biblioteki Jagiellońskiej - pani Smolarczykowa i inne znakomite, mądre panie, które starały się gromadzić tajne wydawnictwa, by uchronić je od zapomnienia, a przy okazji chroniły ludzi...

- ojciec z synem - Majdzikowie - honorowi, kolorowi; Rysiek Majdzik, młodszy od nas o parę lat pracował już zawodowo i w sierpniu 1980 to on rozpoczął pierwszy strajk w Krakowie wypisując na afiszu dumnie brzmiące słowa: "Ja - Ryszard Majdzik - robotnik w piątym pokoleniu strajkuję bo..." dalej następowało uzasadnienie...

- dyskretny i odważny -wówczas doktor - dzisiaj profesor orientalistyki pan Pisowicz

- sąsiedzi, np. pani Kaletowa, która chciała rzucać z okna doniczki na oblegających nas bezpieków - wraz z mężem mecenasem Kaletą działalność w powojennym PSLu przypłacili latami więzienia

- Dominikanie - wszyscy - też jako miejsce - nawet jeśli od czasu powstania SKS-u bardzo rzadko widywaliśmy się, by nie narażać duszpasterstwa. Ale świadomość, że istnieją tacy ludzie jak ojcowie Pawłowski, Badeni, Kłoczowski, Góra, Potworowski, Hauke Ligowski - sama świadomość, że są - już była pomocą

- Pisarze i literaturoznawcy: Adam Zagajewski, profesor Ewa Miodońska Brooks, profesor Jan Błoński, prof. Cybisowa, dr Andrzej Sulikowski

- Andrzej Łukaszewski - wspaniały malarz, który nie znosił bylejakości i pielęgnował warsztat wzorem starych mistrzów. Andrzej równie dobrze mógłby być pisarzem: potrafił opowiadać świat z niesłychaną maestrią

- Ekstrawagancka i piękna Elżbieta Meissnerowa - matka jednego z nas

- Instytut Geologii PAN - z Jasiem Środoniem - dzisiaj profesorem - i panią portierką na czele

- Rysiek Terlecki - dzisiaj profesor i pracownik IPN oraz bracia Drausowie

- Nasi rodzice, zwłaszcza matki, które umierając ze strachu, by nie przydarzył nam się los Staszka Pyjasa, potrafiły równocześnie przechowywać nielegalne wydawnictwa, pomagać we wszystkim, z godnością konfrontować się z ubekami w czasie rewizji... Było ich wiele ale w mojej pamięci najmocniej odcisnęły się: wyrozumiała, niezwykłej dobroci i szlachetności pani Polkowska; pani Baranowa z Zielonek, która miała spracowane chłopskie ręce i wcielała w moich oczach archetyp chłopów - tych 'którzy żywią i bronią'; pani Sonikowa, która poszła do pracy mając 14 lat i zawsze była w domu, gdyż zarabiała szyciem na wysłużonej maszynie, a w czasie rewizji niestrudzenie przekonywała ubeków, że źle czynią....

- Był jeszcze kardynał nazywany przez nas Karolkiem - to miał być kryptonim! - oraz jego sekretarz x Stanisław Dziwisz. Mówię o tych kontaktach z tremą, ponieważ nie wiem, czy życzyliby sobie, by o nich mówić. W każdym razie mieliśmy poczucie dyskretnej opieki. Nie wiem czy kardynał Wojtyła nas popierał, ale z pewnością nas chronił i nigdy nie odmówił rozmowy. Natomiast x Dziwisz, gdy spotykał nas przypadkiem na ulicy zawsze podchodził, łapał mnie za rękaw i pytał przyciszonym głosem: "nie biją was?"

To lista bardzo niekompletna, przywołująca pamięć tych, których obecność była w tamtych czasach dla mnie ważna. Dzięki nim właśnie, dzięki ich przyjaźni Studencki Komitet Solidarności mógł przetrwać.

A przecież każdy z rzeczników SKS-u miał tyleż samo zaprzyjaźnionych środowisk. Większości z nich nie znam do dzisiaj. Nie chcieliśmy konspiracji, nie uprawialiśmy konspiracji ale jawnie i otwarcie mówiło się tylko o tych kontaktach, którym na żadnej dyskrecji nie zależało. Iluż anonimowym przyjaciołom trzeba byłoby teraz dziękować, ilu wymienić???
Codzienność SKS- u to byli także oni, rozmowy z nimi, kontakty z nimi - często ukradkowe, pospieszne, użyteczne: przekazanie bibuły, odebranie podpisów, rozmowa. Ileż razy ukrywaliśmy się przez bezpieką w domach, które niczym nie afiszowały kontestacji wobec władz?

Byli wśród nas narodowcy i socjaliści, chłopskie dzieci i stara krakowska inteligencja, erudyci i studenci zabawowi, humaniści i przyszli inżynierowie - poeci, malarze, informatycy, były dwie Elżbiety: jedna została zakonnicą, druga aktorką w Chile.

Jak mówić o wspólnej codzienności SKSowców, jeśli jeden waletował w akademiku i był nadzieją rodziny na pierwszego w swej wiosce magistra, a ktoś inny miał w pokoju odkurzane przez sprzątaczkę portrety przodków-senatorów???

A przecież była wspólna codzienność

GWIEZDNY CZAS

Nie będę oryginalna w wyszukiwaniu określeń - posłużę się pięknym sformułowaniem Jacka Kuronia: to był 'gwiezdny czas'! Wydawało nam się, że żyjemy "bez grzechu pierworodnego", że niegodziwość nie ma do nas przystępu: oczywiście za naiwność zostaliśmy surowo ukarani - ale to dopiero potem, nie wtedy!

Nikt z nas chyba nie wierzył w tak błyskawiczny rozpad systemu komunistycznego, jaki potem obserwowaliśmy, ale każdy miał poczucie, że w zalewającej nas magmie kłamstwa i brzydoty realnego socjalizmu tworzy sobie i innym niszę wolności. I to chyba było właśnie motorem napędowym SKS-u. Bez wątpienia atrakcyjność Studenckiego Komitetu Solidarności brała się także z pewnego snobizmu intelektualnego. W jakim bowiem innym miejscu zwyczajny student mógł poznać nie tylko interesujące książki ale też fascynujących ludzi, którzy je pisali? Bariery środowiskowe przestawały istnieć...

KOR i ROPCIO

Prawdopodobnie bez KOR- u nie byłoby SKS-u. To KOR - idąc zresztą w ślady dysydentów rosyjskich - przyjął metodę działania jawnego i postanowił traktować serio martwą literę praw szermujących frazesem wolności słowa i opinii.Współpraca z KOR-em była w pewnym sensie codziennością SKS-u. To oni uczyli nas technik drukarskich. Oni upowszechnili większość nielegalnych i wartościowych druków i przedruków. Oni zapewniali swoistą ochronę, jaką było szerokie nagłaśnianie zatrzymań, rewizji czy pobić. Przecież po wpadce, po rewizji, po wyjściu z aresztu telefonowało się do Jacka Kuronia. Do dzisiaj większość z nas pamięta ten magiczny numer telefonu, który otwierał drzwi informacji. Tam zawsze ktoś dyżurował i następnego dnia podawała szczegóły zatrzymania Wolna Europa. KOR nie był jednak tylko mocną strukturą. To byli fascynujący ludzie: przyjaźni, błyskotliwi, otwarci, oczytani, odważni, interesujący. Najciekawsi zaś dla mnie byli ci, którzy tak bardzo od nas się różnili. Dla absolutnej większości SKS-owców - może nawet dla wszystkich - władze komunistyczne to były papierowe figury z gazet - nie ludzie a ONI -pozbawione realnego istnienia marionetki. Tymczasem - ze względu na warszawską perspektywę lub z racji skomplikowanych życiorysów - korowcy znali świat, w którego realne istnienie myśmy niemal wątpili. Znali i potrafili, chcieli o nim opowiadać. W błyskotliwych wykładach w ramach TKN-u Adam Michnik opowiadał o historii tworzenia PRL-u, o pierwszych latach bezpardonowych walk o władzę i wpływy, o frakcyjnych napięciach... Tego słuchało się jak kryminału.... To było odkrycie nowego, nieznanego świata.

Interesujące było także poznanie przez nas Leszka Moczulskiego, który - jako chyba jedyny - wieścił rychły upadek komunizmu i tezę tę opierał na skomplikowanych analizach demograficznych. Wtedy nikt mu nie wierzył, a przecież okazało się, że miał rację.

Krąg przyjaciół poszerzał się w zawrotnym tempie. Powstawały nowe SKS-y, zwłaszcza z wrocławskim, poznańskim, warszawskim i gdańskim kontakty były częste i ciekawe.

WŁASNY JĘZYK

Jak każde środowisko funkcjonujące w opozycji do otaczającej rzeczywistości stworzyliśmy szybko własny język. Jego cechą charakterystyczna było to, iż duży ładunek emocjonalny łączył paradoksalnie z relatywizacją zawartej naturalnie w słowach oceny. Słowa nabierały innego odcienia znaczeniowego niż przyjęte potocznie.

Najlepiej ilustruje to przykład epitetów: zdarzało się mówić o sobie nawzajem: wariat, pijak, degenerat, grafoman, kretyn, ustaszowiec...

Ktoś z zewnątrz mógł odnieść dziwne wrażenie. Tymczasem dla nas było jasne, że słowa oddają tylko jeden z wielu możliwych aspektów rzeczywistości. Tak chyba objawiało się przeświadczenie (a może raczej doświadczenie) tego, że za fasadą zawsze kryją się tyły - a tyły są...nieoczekiwane i bardziej interesujące niż to co widać na pierwszy rzut oka.

W podobnie umowny sposób funkcjonowały przekleństwa - nie przez wszystkich stosowane, ale będące w użyciu. Język ostry, soczysty, był rodzajem tarczy ochronnej: wyrażał emocje a zarazem je kanalizował i relatywizował.

Prawdopodobnie zresztą zjawisko to było wyrazem ogromnej nieufności do języka w ogóle. Umowność naszego języka demaskować miała niedoskonałość języka w ogóle. Reakcją wobec powszechnego zakłamania była próba nadania nowych znaczeń słowom...

To oczywiście była swego rodzaju patologia. Był to również jedyny - według mnie - przejaw 'ugettowienia' SKSu.

Dodać może trzeba, że słownik nasz wzbogaciły pojęcia zaczerpnięte z więziennej gwary, oraz te, które określały rzeczywistość kontaktu z bezpieką: wszystkie "pod celą" (w celi) "cztery osiem" (zatrzymanie na 48 godzin nie wymagało nakazu prokuratorskiego było więc często praktykowane), kipisz (przeszukanie), nalot albo wkrocz (wejście bezpieki)...itd. itp

UCZELNIA

Wraz z wejściem w opozycyjność życie uczelniane traciło atrakcyjność. Był to problem wielu z nas, zwłaszcza tych, którzy studiowali na kierunkach humanistycznych. Nauki ścisłe opierały się oficjalnej ideologizacji i zakłamanie wdzierało tam się z większym trudem. Ostatecznie w każdym reżimie 2 i 2 daje 4... Natomiast - mimo świetnych często wykładowców - kierunki humanistyczne funkcjonowały jeśli nie w zakłamaniu to w półprawdach... Tymczasem nas już nie bawiła gra subtelnych aluzji. Chcieliśmy otwartego tekstu, czytaliśmy Sołżenicyna, Orwella, Mackiewicza, Basançona, Herlinga, Czapskiego i Kołakowskiego. Po takich lekturach atrakcyjność zajęć uczelnianych bladła. Zdawało się więc egzaminy z konieczności - nierzadko korzystając ze spolegliwości wyrozumiałych profesorów.

Przytoczę anegdotę, która obrazuje ambiwalencję stosunków na uczelni.
W czerwcu 77 Sonik miał ważny egzamin z prawa rolnego. Było to trzy tygodnie po wydarzeniach majowych. SKS właśnie się formował i mowy nie było o nauce. W przypadku prawa rolnego raczej nie było sensu liczyć ani na cud. Trzeba było wkuć książkę na pamięć i tyle. W dzień egzaminu, przygotowany na najgorsze - postanowił jeszcze zajść do mnie. A u mnie trwała w najlepsze rewizja. Capnęli go więc i trzymali kilka godzin - termin minął, ale porucznik Wójcik, zgodnie z procedurą, wypisał Bogusiowi zaświadczenie o zatrzymaniu. Widniały tam odnośne paragrafy i pieczątka Służby Bezpieczeństwa... To niecodzienne usprawiedliwienie zrobiło piorunujące wrażenie ... Egzaminatorzy nie tylko stawiali pytania ale niemal sami na nie odpowiadali.

Takie sytuacje zdarzały się jednak rzadko. Za kilka dni z Uniwersytetu przyszło pismo, w którym rektor Hes zawiadamiał, że wobec niezłożenia egzaminu z innego przedmiotu Sonik przestaje być studentem...Gdy jest się na V roku i sądzi, że do końca studiów pozostał wyłącznie egzamin magisterski, taka wiadomość robi wrażenie. Okazało się, że gdzieś zawieruszył się odnośny papier, a rzeczony egzamin dawno się odbył o czym świadczył wpis w indeksie. Jakoś udało się wszystko odkręcić, ale zainteresowany przeżył kilka paskudnych tygodni.

Wielu SKSowców płaciło dużą cenę za swe zaangażowanie. Przypomnę chociażby Ziemowita Pochitonowa, którego wyrzucono z Akademii Rolniczej i Andrzeja Włoszczyka z AGH, który miał kłopoty z obroną pracy - była to ewidentna próba upokorzenia, gdyż Andrzej był dobrym studentem.

Pierwszy skład SKSu stanowili studenci ostatnich lat - głównie przyjaciele Staszka Pyjasa. Trzeba było więc znaleźć następców. Organizowane więc były letnie obozy i wyjazdy dyskusyjne. W sumie ogromną ilość czasu zajmowało gadanie, debaty, żeby nie powiedzieć - szkolenia. To było szalenie interesujące gdyż narybek SKSu stanowili z reguły ludzie o wysokim poziomie wiedzy i wyobraźni.

STRACH I SŁUŻBA BEZPIECZEŃSTWA

Wypada powiedzieć coś o bezpiece, chociaż nawet dzisiaj ten temat mnie mierzi.

Nie było w nas nienawiści do bezpieków. Nawet czysto werbalne, mieszczące się w opisanej wcześniej konwencji językowej, formułki o przyszłej zemście były ucinane, jako pozbawione dobrego smaku. Dominowała postawa non - violence. Ale była niechęć, znużenie ich tępą urzędniczą natarczywością, była też pogarda. Mówiliśmy o funkcjonariuszach SB: "to nie zawód, to charakter". Kiedy jeden z oficerów zapytał z ironią Sonika, czy do końca życia będzie w opozycji, usłyszał w odpowiedzi: "nie wiem czy będę w opozycji ale pan zawsze będzie w dyspozycji." I sprawdziło się.

Oczywiście postawa non violence nie wykluczała wściekłości na konkretnego agenta i jego zachowanie. Stosunki z nimi były swego rodzaju grą - jak w filmie o kowbojach i bandytach. Po dwu latach stałych rewizji i zatrzymań znaliśmy już twarze i nazwiska oficerów, a nawet zwykłych 'psów', płotek. Jedni byli obrzydliwi, inni zachowywali się względnie poprawnie.

Wydawało nam się jednak, że jesteśmy lepsi, sprawniejsi. Wiedzieliśmy, że dopóki PZPR nie spuści ich z łańcucha mogą wyłącznie kąsać po kostkach... Tymczasem z każdym upływającym miesiącem - zwłaszcza po wyborze "naszego" kardynała na Stolicę Piotrową - masowe aresztowania, procesy i więzienia wydawały się dla władzy kłopotem.

Było jednak kilka realnych zagrożeń: wymienię trzy z nich:
- wyrzucenie ze studiów pod dowolnym pretekstem.
[Tak stało się w przypadku Ziemowita Pochitonowa]
- represje w stosunku do rodziny [mojego brata represyjnie powołano do wojska]
inni drżeli o posady rodziców
- wypadek przy pracy - czyli wyjątkowo mocne pobicie z tragicznym skutkiem
- przez nadgorliwego ubeka

Przytoczę fragmenty dokumentu, który przetrwał w archiwach:
Paweł Witkowski DO PROKURATORA GENERALNEGO PRL:
- Dnia 8 lipca br. O godz. 15 do mieszkania Wojciecha Sikory wkroczyli z nakazem rewizji pracownicy SB. Rewizję prowadził M. Kłosowski. Po rewizji wraz z Wojciechem Sikorą i Jackiem Skrobotowiczem przewieziony zostałem na Komendę Wojewódzką MO przy ul 18 Stycznia 2. Tam zostałem poddany przesłuchaniu a raczej torturom. Polegały one na biciu głową o ścianę, miażdżeniu pięściami nosa, obcasami palców u nóg (byłem w sandałach) biciu w brzuch, szarpaniu brody, kopaniu po nogach, biciu otwartą dłonią po twarzy. Tortury przeplatane były obelgami w rodzaju: 'ty skurwysynie, szmato, świnio itd." oraz groźbami: "zatłuczemy cię, wykończymy, pójdziesz do ziemi" itp....

Czyśmy się bali? Strach ma różne oblicza. Bałam się śmiertelnie w czasie marszu przez zaciemnione Planty pod Wawel 15 maja. Szłyśmy z Iwoną Galińską w pierwszym szeregu. Ona wyglądała na nieustraszoną a ja umierałam ze strachu, chociaż wiedziałam, że cokolwiek się stanie nie wycofam się, bo nie mam prawa się wycofać. Potem świadomość racji moralnej dawała siłę. W maju 77 zasnęłam w czasie przesłuchania. Zasnęłam, bo tak sobie postanowiłam. Ale mocne nerwy zużywały się szybko. Strach można sprawnie ukrywać, można racjonalizować, lecz przy zatrzymaniu pociły się ręce, serce biło za szybko... Bardzo tego nie lubiłam. Dopiero niedawno udało mi się pozbyć przyspieszonego oddechu na widok zbliżającego się milicjanta...

Codziennością SKS-u była świadomość istnienia podsłuchów i innych metod permanentnej inwigilacji. W filmie Coppoli: "Rozmowa" - podsłuchiwany buntuje się, jest profesjonalistą, wszystko dzieje się oczywiście w Ameryce. Ale wyścig kto kogo przechytrzy można było śledzić z zapartym tchem na ekranie. My w tej konkurencji nie mieliśmy szans. Wykrycie jednych mikrofonów spowodowałby założenie drugich. Szkoda więc było energii na walkę na tym polu: trzeba było przyzwyczaić się do życia w akwarium przez szybkę którego ktoś nas dzień i noc obserwuje i słucha.

Codziennością SKS-u były powtarzające się rewizje i zatrzymania, świadomość, że niczego nie można na pewno przewidzieć. Nawet najbardziej niewinny plan - wycieczka w góry, wyjście do kina - mógł być udaremniony absurdalnym zatrzymaniem. To była konieczność stałego noszenia ze sobą artykułów higienicznych. I straszliwie przez mnie źle znoszone poczucie, że za każdym razem cała moja natura protestuje, buntuje się nie wiedzieć dlaczego - bo przecież samemu wybierało się takie życie. Za każdym razem równie mocno wracało poczucie krzywdy i bezprawia. Na szczęście szybko pojawiła się nieoceniona broszura - instrukcja: "Obywatel a służba bezpieczeństwa". Zdaje się, że jej autorem był działający wtedy w ramach tajnego PPN-u [Polskie Porozumienie Niepodległościowe] mecenas Jan Olszewski. Broszurę tę odbiliśmy w ogromnej ilości egzemplarzy i każdy kto współpracował z SKS-em dostawał ją. Wyjaśniała bez żadnego ideologicznego sosu - czysto pragmatycznie - uprawnienia obywatela zatrzymanego, aresztowanego, przesłuchiwanego. W skrócie - każdy ma prawo milczeć i nie odpowiadać na pytania... To był elementarz opozycjonisty, ABC działacza, nasza najskuteczniejsza broń...

Rewizje. Były rewizje groźne, były też śmieszne...Wchodzili zwykle rano gdyż przepisy zabraniały rewizji w godzinach nocnych, przed 6 rano. Niektórzy mieli w domach świetne skrytki, których nigdy nie udało się bezpiece wykryć... Anka Krajewska trzymała powielacz pod podłogą w zamaskowanym otworze; ktoś inny miał biurko ze skrytką; ja też miałam sposób, lecz nie chcę go zdradzać.

Areszty. Każdy miał te, których nie lubił i te które wolał...Biały Domek, Szeroka, Siemiradzkiego, Nowa Huta, w Warszawie Pałac Mostowskich - no i komenda przy placu noszącym surrealistycznie wtedy brzmiącą nazwę Wolności. Tam nie było aresztu tylko pokoje przesłuchań. Bronek Wildstein doprowadził kiedyś Sbeków do szału, gdy im po prostu zniknął: wykorzystał chwilę nieuwagi pilnujących i wyskoczył z piętra. Areszty były brudne, niewygodne, cuchnące, ale za to ciekawe. Tam już nie było bezpieki tylko klawisze traktujący nas na równi z innymi, czyli złodziejami, chuliganami, prostytutkami, winnymi i niewinnymi. Spotykało się w aresztach barwnych ludzi. Z reguły byli ciekawi studentów i często w aresztach prowadzona była regularna antykomunistyczna agitacja. Można było się nasłuchać i opatrzyć rzeczywistości z Hłaski i Nowakowskiego.

WIELKA PRZYGODA

Na tle beznadziejnie nudnej, burej rzeczywistości schyłkowego socjalizmu nasza codzienność była barwna, wielowymiarowa, pasjonująca. Działalność opozycyjna pozwalała na poznawanie ogromnej rzeszy interesujących ludzi. Intensywność życia dawała mnóstwo adrenaliny.

Każde zdarzenie dla SKSowców mogło mieć wymiar inny spodziewany. Choćby ślub Bronka Wilsteina z Iwoną Galińską. Wprawdzie Bronka wypuścili w przeddzień z aresztu ale potem dali spokój. Ślub jak ślub; czekało nas trochę wzruszenia i tyle. Kiedy jednak pani urzędnik recytując urzędową formułkę zwróciła się do świeżo poślubionych w te słowa: ""tworzycie rodzinę, podstawową komórkę społeczeństwa a socjalistyczne państwo otoczy was specjalną opieką" ktoś nie wytrzymał i parsknął śmiechem. Groteskowość tego sformułowania w odniesieniu do nas była porażająca. I wszyscy zwijaliśmy się ze śmiechu a nieszczęsna urzędniczka piszczała, że jeśli nie zachowamy powagi to anuluje uroczystość. Opisuję to zdarzenie, by pokazać, że każdy fragment rzeczywistości był w naszym przypadku naznaczony specyficznym "smaczkiem". Nie było faktów obojętnych, a groteskę, tragizm czy komizm sytuacji odbieraliśmy w sposób niesłychanie intensywny.

Każde spotkanie miało walor odkrycia, każda przyjaźń zdawała się darem bogów, każda przeczytana nielegalna książka była haustem wolności. Znikał pancerz dławiącej magmy brzydoty i zakłamania, znikało poczucie bezsensu. W zniewolonym kraju czuliśmy się ludźmi wolnymi.

Liliana Batko-Sonik